Etiuda "Schizma" została stworzona w ramach zaliczenia projektu na zajęcia Filmoznawstwa.
Twórcy to uczniowie klasy 2c:
Reżyseria: Ola Hulbój
Scenariusz: Kasia Grzymek, Ola Hulbój, Asia Krygier, Kamil Mełech, Ola Nerwiński, Julka Schramm, Ola Zakrzewska
Zdjęcia, montaż: Ola Hulbój
Kierownictwo planu, rekwizyty: Ola Zakrzewska
Muzyka: Mateusz Hulbój (gościnnie)
Wystąpili: Asia Krygier, Julia Schramm, Ola Nerwiński, Kasia Grzymek, Kamil Mełech
Na film głosować można na stronie Filmoteki Szkolnej
Link do filmu na Vimeo:
Schizma from Ola Hulbój on Vimeo.
poniedziałek, 16 lutego 2015
czwartek, 1 stycznia 2015
"Bogowie" - recenzja filmu Łukasza Palkowskiego
Wiemy na jakim poziomie stoi współczesne polskie kino. W gąszczu
tragicznych komedii romantycznych i smutnych filmów mających traktować opoważnych
tematach, można jednak trafić na kawał porządnego kina. Dowodem na to są
„Bogowie” w reżyserii Łukasza Palkowskiego.
Kto pamiętał Tomasza Kota jako typowo komediowego aktora, po
obejrzeniu „Bogów” już nigdy nie będzie klasyfikował go w tej kategorii. Kot wcielił się w rolę Zbigniewa Religi-
pierwszego Polaka, który dokonał udanej transplantacji serca. Kunszt aktora widoczny jest w każdym ruchu,
każdym słowie, które są przez niego dopracowane do perfekcji. W pewnych
momentach widz może odnieść wrażenie, że ma do czynienia z prawdziwym
Zbigniewem Religą i ogląda film dokumentalny kręcony w czasie
rzeczywistym.
Niezwykle ważny jest sposób realizacji filmu. Typowo
biograficzne produkcje często sprowadzają się do nieciekawych wątków osobistych
i dłużących się scen związanych z dokonaniami opisywanej postaci. W przypadku
„Bogów” widz otrzymuje idealną mieszankę. W film traktujący o stricte poważnym
temacie (jakim jest życie Zbigniewa Religi i jego dążenia do wykonania
pierwszego udanego przeszczepu serca), wplecione są również wątki humorystyczne.
Pozwala to na momenty rozluźnienia, które nie wpływają na błędny odbiór fabuły,
a dzięki którym widz może podejść z dystansem do kontrowersyjnych scen. W komiczny sposób przedstawione zostały np.
wahania nastrojów Religi, który zmieniał zdanie co przysłowiowe 5 minut.
Ponadto w filmie raz po raz, bardzo umiejętnie, ośmieszany był ustój
komunistyczny. Żeby załatwić jedną sprawę, główny bohater musiał poświęcić na
to mnóstwo czasu i mimo to często to nie wystarczało.
Istotny jest fakt, że twórcy filmu nie stworzyli Relidze
„laurki”, którą można było dostrzec np. w wcześniejszym „Wałęsie. Człowieku z Nadziei”
Andrzeja Wajdy. Bez zbędnego słodzenia przedstawili wszystkie wady i zalety
kardiochirurga. Zrobili to na tyle umiejętnie, że widz nie ma wrażenia
przekoloryzowania historii Religi, ale też nie odbierze jego osoby w złym
świetle. Niezwykła odwaga Religi i brak jakichkolwiek zahamowań zawodowych (pomimo
kłód, które wszyscy rzucali mu pod nogi) powodowała, że widz kibicował głównemu
bohaterowi do samego końca. Aroganckiemu, ale wytrwałemu w dążeniu do celu.
Akcja filmu toczy się bardzo dynamicznie i jest zacieśniona
do granic możliwości. W efekcie nie ma w nim przeciągania niepotrzebnych
wątków. Film można polecić każdemu, kto lubi konkretne i warte obejrzenia
produkcje.
Jakub Jakubiec, 1c
czwartek, 4 grudnia 2014
"Boyhood" - recenzja filmu Richarda Linklatera
Boyhood to nie film, na który powinno się iść do kina. Powinno się zatrzymywać go w odpowiednich momentach, by lepiej go zrozumieć, albo żeby nie zmęczyć się nawałem informacji. Dwie i pół godziny filmu to podróż przez jedenaście lat życia zwyczajnej, amerykańskiej rodziny.
Rok pierwszy
W pierwszych minutach poznajemy głównego bohatera, Masona. Dziecko. Chłopca zapatrzonego w chmury, marzyciela. Pierwsze słowa, które słyszymy z jego ust dotyczą pochodzenia os. Mason jest przekonany, że te powstają z kropli wody. Mówi to do swojej matki, kobiety koło trzydziestki. Pojawia się dom, poznajemy młodszą siostrę bohatera. Zapowiada się kolejny lekki film obyczajowy, albo komedia familijna, bo do szczęścia brakuje nam tylko złotego labradora, bernardyna, albo innego pociesznego czworonoga.
A później cała wizja ciepłego, idealnego świata amerykańskiej rodzinki, której największym zmartwieniem są sąsiedzi się rozpada. Samotna matka i jej dzieci wyprowadzają się, by rozpocząć nowe życie. Kobieta wraca na studia, które przerwała z powodu ciąży. Spotyka „mężczyznę swojego
życia”. Bierze ślub.
Był sobie chłopiec
Ale życie to ciągłe zmiany. Twórcy filmu doskonale o tym wiedzą, wprowadzają więc kolejne problemy- alkoholizm i przemoc rodzinną. W zaistniałej sytuacji, matce nie pozostaje nic innego, jak opuścić okolicę i szukać swojego miejsca od nowa. Przeprowadzka, po niej kolejna, kolejny mężczyzna, kolejny zawód. A w tym wszystkim dorastające dzieci, próbujące dostosować się i odnaleźć w tym wszystkim, czego jeszcze nie rozumieją. Chcą mieć przyjaciół, żyć jak normalne nastolatki. Te z poukładanych rodzin. Ale czy skoro ich rodzina wygląda jak wygląda, to inne muszą być idealne? Z pewnością nie, ale brudy zamiata się pod dywan, mało kto mówi o swoich problemach.
Właściwie z kim rozmawiać?
Wymowna jest scena, w której główny bohater, który miał wtedy chyba 13-14 lat, rozmawia z idącą z rowerem przyjaciółką. Jej znajoma leży w szpitalu, bo podcięła sobie żyły. Dlaczego? Żeby zwrócić na siebie uwagę, czy dlatego, że nie dawała sobie z czymś rady? Problemy ją przytłoczyły i nie znalazła innego sposobu? My, widzowie, nie poznajemy odpowiedzi, bo śledzimy jedną, konkretną historię. I tylko zadajemy sobie pytanie, co dzieje się równolegle.
Tło wydarzeń - po części wpływa na działania bohaterów, po części je uzupełnia. Wypełnienie luk, wskazówka i ograniczenie sugerujące nam czas i miejsce akcji, w większym stopniu, niż nazwy ulic i miasteczek. Mamy tu wybory prezydenckie, atak Al Kaidy na WTC (2001), kultowe mecze amerykańskiego footballu, komentarze do "Gwiezdnych Wojen" Lucasa. Mason ogląda "Dragon Balla", w pokoju wszą plakaty ze Spidermanem. To gra z widzem, zabawa w detektywa, uważny obserwator spostrzeże z pewnością wiele nawiązań do kultury masowej. Gra z widzem polega także na czymś innym. Świat z drugiej strony ekranu jest niesamowicie podobny do naszego, dopracowany w każdym szczególe. To już nie świat Masona, ale nasz świat, świat widzów. Wtapiamy się w niego, stajemy się jego częścią.
I co dalej?
Film pokazuje też, że im człowiek jest starszy, tym mniej rzeczy jest mu do szczęścia potrzebne. Podczas pierwszej przeprowadzki dzieci pakują wszystkie swoje zabawki (no, może poza zjeżdżalnią ogrodową czekającą na nowego właściciela przed obskurnym domkiem na przedmieściach), na studia Mason zabiera tylko jedną torbę, a stare rzeczy oddaje lub wyrzuca. Główny bohater ewoluuje wraz z akcją filmu, nie tyle dorasta fizycznie (czemu nie da się zaprzeczyć), co dojrzewa emocjonalnie. Z marzyciela staje się realistą, może nawet współczesnym filozofem. Zastanawia się nad swoją egzystencją, przyszłością coraz bardziej skomputeryzowanych ludzi i ich cyfrowego świata, otoczonych mediami i zapominających o tym, co tak naprawdę jest najważniejsze.
Czy Mason odnalazł swoje miejsce? Być może. A czy my odnajdziemy się w tym nowym, innym świecie? Czas pokaże.
Aleksandra Ziębińska, 1c
środa, 9 lipca 2014
VI miejsce VILO na XXV OKWoF
Ewa Raszpunda (2c) i Maciej Reguła (1c) -
uczniowie klas filmowych VILO -
zdobyli VI miejsce na
XXV Ogólnopolskim Konkursie Wiedzy o Filmie
Gratulujemy!
Finał konkursu, w którym wzięły udział 34. dwuosobowe drużyny z całej Polski, odbył się w dniach 30.06-04.07. 2014 r. w Gdańsku.
Drużyny rywalizowały ze sobą w sześciu konkurencjach:
1. Test - kino polskie;
2. Test - kino europejskie;
3. Test - kino światowe;
4. Praca pisemna - estetyka filmu "Ogród rozkoszy ziemskich";
5. Praca pisemna - praca na temat wybranego "Filmu XXV lecia";
6. Fragmenty filmowe.
Laureaci trzech pierwszych miejsc otrzymali nagrody, m. in.:
- indeksy Uniwersytetu Jagiellońskiego na kierunek: filmoznawstwo i wiedza o nowych mediach;
- udział w Festiwalach Filmowych (m.in. 65. MFF w Berlinie, 39. Festiwal Filmowy w Gdyni, 14. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty);
- tablety i kamery cyfrowe;
prof. dr hab. Tadeusz Lubelski
(Uniwersytet Jagielloński w Krakowie)
Członkowie jury:
Bożena Janicka (miesięcznik Kino),
prof. dr hab. Mirosław Przylipiak (Akademia Pomorska w Słupsku, Szkoła Wyższa ATENEUM w Gdańsku),
Jan Słodowski (Filmoteka Narodowa w Warszawie),
prof. dr hab. Tadeusz Szczepański (Uniwersytet Wrocławski, Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna w Łodzi),
prof. dr hab. Piotr Zwierzchowski (Uniwersytet Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy)
Więcej na:
http://www.fundacjafilmowa.pl/konkurs.php
Więcej na:
http://www.fundacjafilmowa.pl/konkurs.php
niedziela, 29 czerwca 2014
"Czarownica" - recenzja filmu Roberta Stromberga
Tytuł
zekranizowanej ponownie „Śpiącej Królewny” reżyserii Roberta Stromberga wydaje
mi się zbyt mało intrygujący i bardzo
banalny, zważając na poruszany temat.
Główną
bohaterką jest Diabolina – zła wróżka rzucająca klątwę na księżniczkę. Nie
jest to awangardowy koncept,
przypominając sobie zrealizowany niedawno w ten sposób film „Królewna Śnieżka”
( Z Julią Roberts w roli głównej ).
Tendencyjnej
powieści nadany został głęboki wymiar, postaci zostały ukazane w wielowymiarowy
sposób. Można powiedzieć, ze twórca filmu zerwał z podziałem na dobro i zło. Mroczna strona w filmie posiada swoją genezę
przez co bajka zdaję się być bardziej realna a zarazem intrygująca. Film posiada swój własny specyficzny klimat,
jednakże mógłby być bardziej ponury z elementami horroru. Twórca przypuszczalnie starał się jednak nie
iść w tą stronę, chcąc utrzymać łagodny format dla dzieci. Świat przedstawiony
w filmie jest przyciągający a zdjęcia
utrzymywane są w oświetleniu „low key” co nadaję adaptacji Stromberga mroku.
Od wizualnej
strony postacie są wystylizowane adekwatnie do dzisiejszych kanonów piękna.
Diabolina z mocno wystającymi (niczym z teledysku Lady Gagi) kośćmi policzkowymi i diabelskimi rogami
przedstawia zimną lecz piękną, dojrzałą kobietę ( Angelina Jolie). Skontrastowana
jest ona z drugą bohaterką, zanikającą trochę w jej blasku – Aurorą, której
uroda jest delikatna i lekko sztampowa. Przypomina bohaterki poprzednich
produkcji np. Alicje z Krainy Czarów.
[Dawno dawno
temu…] wszyscy znamy tą opowieść, jednak dowiadując się co działo się najpierw
reżyser całkowicie zmienia nasz punkt widzenia. Jednak idąc tym tropem, czy nie
powinniśmy się stać bardziej ostrożniejsi dokonując oceny ?
Zły
charakter, którym tym razem jest król Stefan, ma także swoje osobiste argumenty
postępowania. Mówiąc w ostatniej scenie „..i jak się teraz czujesz? Sama, bez
skrzydeł w obcej krainie” daję się odczuć, że gdy Diabolina pękała ze szczęścia
spędzając z nim wspólne chwile, chłopca zżerała zazdrość i poczucie
bezwładności. Zmierzając do oceny Stefana, powinniśmy zwrócić uwagę na fakt, iż
mężczyźni od zawszę pragnęli mieć
kontrolę i władzę. Jest to swego rodzaju atawizm, który może być w pewnym
stopniu uzasadnieniem jego postępowania. Stanął on przed wyborem – kobieta albo
władza, gdy przy kobiecie czuł się bezsilny perspektywa władzy kusiła go nieprzerwanie.
Dokonał złego wyboru, będąc jednak pewny, że da mu to szczęście. Dostał to co
chciał, jednak jak to często bywa nie tak jak to sobie wyobrażał. Lęk i wyrzuty
sumienia wykańczały go psychicznie. Nie da się
ukryć, że w tym miejscu film jest mocno inspirowany historią Filipa Pięknego.
Patrząc
przez pryzmat symbolizmu, „podciąć komuś skrzydła”, oznacza go niewybaczalnie
skrzywdzić, doprowadzić do ruiny, oderwać go od marzeń i wszystkiego co kocha.
Diabolina poznaje, co to prawdziwa władza dopiero gdy rozbudza się w niej żądza zemsty. Jej historia ukazuję co straty ( na które wszyscy jesteśmy w
pewnym stopniu skazani) potrafią zrobić z naszym charakterem, a nawet umysłem –
przykład króla. Po raz pierwszy motywem przewodnim bajki nie była miłość
romantyczna. Miłość traci kształt wyidealizowanego, prostolinijnego uczucia i
staje się zagadką.
Michalina Drewniak, 2c
czwartek, 12 czerwca 2014
Piękna wydmuszka - recenzja filmu "Grand Budapest Hotel" Wesa Andersona
Sama fabuła "Grand Budapest Hotel" wydaje się nietuzinkowa i bardzo ciekawa, nie tylko ze względu na polski akcent filmu - akcja dzieje się w fikcyjnym mini-państewku o nazwie Zubrowka, które przywodzi nam na myśl, co pił Anderson podczas tworzenia filmu. Fabuły filmów Andersona są zazwyczaj tak absurdalne, że widz zastanawia się czy ogląda film osadzony w prawdziwej rzeczywistości czy jakimś dziwnym trafem znalazł się, niczym Alicja, po drugiej stronie lustra.
W filmie przenosimy się do lat 30. XX wieku, do tytułowego przybytku nienagannie prowadzonego przez konsjerża Gustava (Ralph Fiennes). Monsieur Gustave cieszy się ogromna sympatią gości hotelu, głównie leciwych i bogatych kobiet, którym zapewnia trochę "rozrywki" na starość. Kiedy dowiaduje się, ze jedna z jego stałych bywalczyń hotelu umiera, natychmiast udaje się na jej pogrzeb razem ze swoim pomocnikiem - boyem hotelowym Zero Mustafą (Tori Revolori). Tam odkrywa, że został głównym spadkobiercą fortuny zmarłej hrabianki, co więcej, według testamentu to on odziedzicza warty fortunę obraz van Hoytla. I tu zaczyna się prawdziwy cyrk: konsjerż wykrada obraz, zostaje oskarżony o morderstwo magnatki, a ściga go cała jej rodzina na czele z synem Dmitriem (popis Adriena Brody'ego) oraz lubiącego krwawe rozwiązania Joplingiem (William Defoe).
To co zwraca uwagę widza już na wstępie, jest plejada czołowych nazwisk Hollywoodu. Co takiego ma w sobie ten młody reżyser, że tylu wspaniałych aktorów lgnie do niego? Dobrym przykładem jest Bill Murray, który zarzeka się, że u Andersona zagrałby cokolwiek, o co by go on tylko poprosił i to za darmo, a w "Grand Budapest Hotel" gra niewielki epizod współwięźnia Gustava - Ludwiga. Nie można nie wspomnieć także o niesamowicie ucharakteryzowanej Tildzie Swinton oraz Edwardzie Nortonie, który w roli nazisty powala widza swoim humorem. Reżyser - podobnie jak filmowy monsieur Gustave - dba o najdrobniejsze szczegóły filmu, a każdy z bohaterów ma coś, co czyni go nietuzinkowym. Monsieur Gustave jest zawsze owiany mgiełką ulubionego "L'air de Panache", Zero Mustafa dorysowuje sobie wąsik kredką, a jego ukochana Agatha ma na policzku znamię w kształcie Meksyku (bo czemużby nie?).
Forma jest w tym spektaklu wszystkim. Jej przepych niewątpliwie zachwyca, ale momentami widz zastanawia się, czy Anderson, poza pięknymi obrazkami ma coś więcej do przekazania. Po kilkudziesięciu minutach i tak nie zwraca uwagi na byle jaką i szczątkową treść, a w pamięci zostają wyłącznie barwne zdjęcia i uchwycone z artystycznym polotem kadry. Jednak czy naprawdę jedyne co chciał uzyskać Anderson to zabawna historia opowiedziana w formie kolorowej bajeczki? Jednakże najlepszymi scenami filmu sa te najbardziej absurdalne: ucieczka głównego bohatera z więzienia, pod przywództwem Ludwiga oraz pogoń Gustava i Zero za uciekającym ze szczytu górskiego Joplingiem.
"Grand Budapest Hotel” pozostawia podobne wrażenie, co wiele poprzednich dzieł jego twórcy, który zdążył nas już przyzwyczaić do urzekającej estetyki, doskonałych aktorów i starannie dopracowanych detali. Od strony wizualnej filmu - jestem bardzo na tak. Co do treści filmu musze z całą szczerością przyznać, że w kilka godzin po oglądnięciu filmu z trudem przypominałam sobie, o czym tak naprawdę oglądałam film... Jeśli miałabym zrecenzować film w jednym zdaniu to podsumowałabym: "piękna wydmuszka z duża ilością znanych nazwisk". Szkoda, bo miałam duże oczekiwania wobec tego obrazu.
Kamila Morawska, 2c
niedziela, 11 maja 2014
III miejsce na XXXIV Artystycznym Festiwalu Młodzieży
Autorzy filmu "Embryonic waves" zostali nagrodzeni III miejscem na XXIV Artystycznym Festiwalu Młodzieży.
http://www.mdk.krakow.pl/Werdykty.html
http://www.mdk.krakow.pl/Werdykty.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)














