Finał festiwalu już 28 kwietnia w Teatrze Groteska w Krakowie.
piątek, 25 kwietnia 2014
EMBRYONIC WAVES w finale XXXIV Festiwalu Artystycznego Młodzieży
Film "Embryonic waves", stworzony w ramach warsztatów filmowych, został
zakwalifikowany do finału XXXIV Festiwalu Artystycznego Młodzieży.
Finał festiwalu już 28 kwietnia w Teatrze Groteska w Krakowie.
Finał festiwalu już 28 kwietnia w Teatrze Groteska w Krakowie.
sobota, 1 marca 2014
Kobieta, która pragnęła mężczyzn - recenzja filmu "Nimfomanka" Larsa von Triera
Ludzie dzielą się na dwa rodzaje – tych, którzy, najpierw obcinają
paznokcie u lewej ręki i tych, którzy zaczynają od prawej. Błyskotliwe
spostrzeżenie podstarzałego kawalera Seligmana, (Stellan Skarsgård) trafnie
oddaje naturę tytułowej Joe (Charlotte Gainsbourg).
,,Nimfomanka” bazuje na dialogu rozgrywającym się pomiędzy Seligmanem a,
nie wiadomo przez kogo pobitą, Joe. Mężczyzna daje jej schronienie w domu, a ta
opowiada mu o chwilach uniesień w ramionach mężczyzn, których w większości
porzucała. Wspomina bliską relację z nieżyjącym już ojcem (Christian Slater) i
silne, pełne nadziei uczucie do pierwszego kochanka, Jerôme’a (Shia LaBeouf). W
jej opowieści nie brakuje również wątków eksperymentowania z własnym ciałem czy
wkroczenia na drogę przestępczości. Pomiędzy retrospekcjami, Joe i Seligman
wymieniają się metaforycznymi, nierzadko przesiąkniętymi humorem
spostrzeżeniami na temat własnych zachowań.
Mimo zapowiedzi, ,,Nimfomanka’’ nie pokazuje scen, których już nie oglądalibyśmy w kinie. Lars von Trier zdaje sobie sprawę, że najważniejszą częścią scenariusza jest wiarygodne budowanie portretu psychologicznego bohaterki. To właśnie kobiety zajmują w jego filmach więcej przestrzeni niż mężczyźni. Bliscy współpracownicy Duńczyka mówią, że w każdą postać przelewa część swoich lęków, pragnień lub wzoruje je na wydarzeniach z życia Przykładem tego jest choćby zmagająca się z depresją Justine z ,,Melancholii”.
Atutem filmu jest wysoki kunszt aktorski grona zaufanych ludzi von
Triera. Pewne jest, że reżyserowi ciężko byłoby znaleźć lepszą kandydatkę do
roli Joe od Gainsbourg. W końcu mało która ma odwagę i przede wszystkim talent,
aby tak zagłębić się w psychikę granej postaci, iż udaje jej się zmanipulować
widza, który zapominao tym, że to tylko aktorka. Tworzy ona na ekranie
charyzmatyczny i nietypowy duet z sympatycznym Skarsgårdem, podsycając tylko
naszą ciekawość, jakie zmiany w nich zajdą, gdy opowieść zostanie skończona.
Rozczarowuje natomiast debiutująca modelka Stacy Martin, grająca młodą Joe.
Zważywszy na dużą ilość czasu ekranowego, gdzie mogła pokazać swoje możliwości
aktorskie, jej bohaterka jest niewyraźna i nijaka.
Jaka jest ,,Nimfomanka”? Niebanalnie zrealizowana, łącząca tragizm sytuacji z absurdalnym humorem (choćby w rewelacyjnej scenie z Panią H (Uma Thurman)). Momentami drażniąca w niejednoznacznych scenach nawiązujących do ,,Antychrysta” i niezbyt oryginalna, jak na możliwości von Triera. Ale przede wszystkim wzbudzająca w widzu współczucie dla nieszczęśliwej Joe, której jedyną przyjemnością jest jej uzależnienie, dlatego właśnie kibicujemy jej tak, jak w ,,Idiotach’’ kibicowaliśmy Jeppe, próbującemu zatrzymać przy sobie Josephine.
Ewa Raszpunda, 2c
czwartek, 13 lutego 2014
"Musimy porozmawiać o Kevinie" - recenzja filmu Lynee Ramsay
„Musimy porozmawiać o Kevinie” - gdyby do rozmowy doszło, być może ostatecznie ta historia potoczyłaby się zupełnie inaczej.
Film w reżyserii Lynne Ramsay
opowiada o rodzinie. Brzmi banalnie? Cóż, pierwsze wrażenie często bywa mylne.
Nie jest to bynajmniej typowa opowieść o grupie krewnych z powtarzającymi się problemami.
Film przełamuje konwencję kina familijnego i ukazuje rodzica, jako ofiarę
własnego dziecka. Do tego dochodzi brak zrozumienia ze strony współmałżonka, z
któremu nie można się szczerze zwierzyć ze swoich zmartwień.
Przez cały film śledzimy koszmar
stopniowego łamania charaktery Evy Khatchadourian (Tilda Swinton) i jej
ubezwłasnowolnienia przez „jej bliskich” – męża i syna. Niegdyś kobieta
niezależna, znana podróżniczka i pisarka, wiąże się z mężczyzną, zachodzi w
nieplanowaną ciążę i rezygnuje z dalszej kariery zawodowej by móc opiekować się
potomkiem. Okazuje się jednak, że bycie matką nie jest wcale takie proste.
Kevin (Ezra Miller) nie jest typowym dzieckiem. Sprawnie manipuluje ludźmi ze
swojego otoczenia, szczególnie naiwnym i dziecinnym ojcem (John C. Reily).
Jest to równocześnie opowieść o nieszczęśliwym dziecku, które nigdy nie było kochane przez matkę. To, że Kevin zachowywał się tak a nie inaczej wynikało z faktu, że tak naprawdę nigdy nie był przez nikogo wychowywany. Ojciec był „dobrym kumplem”, który kupował mu zabawki i grał z nim w gry, nie był dla niego jednak nigdy wzorem, ba! Chłopak owinął go sobie wokół palca i mógł z nim zrobić niemal wszystko. Natomiast matka do tematu rodzicielstwa podeszła jak do hodowli roślin: czytała wiele książek i starała się wcielać zawarte w nich porady w życie. Można powiedzieć, że był jej nieudanym eksperymentem.
Jest to równocześnie opowieść o nieszczęśliwym dziecku, które nigdy nie było kochane przez matkę. To, że Kevin zachowywał się tak a nie inaczej wynikało z faktu, że tak naprawdę nigdy nie był przez nikogo wychowywany. Ojciec był „dobrym kumplem”, który kupował mu zabawki i grał z nim w gry, nie był dla niego jednak nigdy wzorem, ba! Chłopak owinął go sobie wokół palca i mógł z nim zrobić niemal wszystko. Natomiast matka do tematu rodzicielstwa podeszła jak do hodowli roślin: czytała wiele książek i starała się wcielać zawarte w nich porady w życie. Można powiedzieć, że był jej nieudanym eksperymentem.
Fabuła filmu jest dość przewidywalna. Od początku wiadomo, że miał miejsce jakiś incydent spowodowany przez demonicznego Kevina, przez co jego matka została znienawidzona i wykluczona przez społeczeństwo. Znów stara się prowadzić normalne życie.
Ponury nastrój przeszywa i wstrząsa widzem od pierwszych minut. Impresjonistyczne ujęcia i kolorystyka wzbudzają wrażenie niesamowitości i oddają emocje i przeżycia wewnętrzne bohaterów. Wnętrza i scenografia oraz duża symbolika kolorów budują nastrój nierealności. Najbardziej znaczący jest czerwony: czerwone ściany, samochód i dom oblany czerwoną farbą, czerwień pomidorów podczas hiszpańskiego święta – Tomatilli. Zupełnie oderwane i niepasujące do akcji popularne, wesołe piosenki, działając na zasadzie wyraźnego kontrastu dźwiękowego, wzmacniają dodatkowo efekt psychozy.
Gra aktorska Tildy Swinton jest niesamowita, a sama aktorka idealnie oddała wszystkie emocje targające duszą Evy. Być może nawet zrobiła to ZA dobrze, gdyż już po pół godziny filmu miałam dreszcze na całym ciele i natychmiast przerwałam seans, a przez dwa kolejne dni przechodziłam stan zbliżony do łagodnej depresji. Do dokończenia go zmusiłam się dopiero po trzech miesiącach. Byłam mocno zaszokowana i wręcz przerażona przedstawioną w nim wizją koszmaru głównej bohaterki. Stanowczo nie polecam go młodym matkom ani kobietom, które w przyszłości planują założyć rodzinę. Podobnie nie radziłabym po niego sięgać osobom o dużej empatii i tendencji to zbytniego „przeżywania” filmów czy książek. Z czystym sercem polecić go mogę natomiast ludziom interesującym się ludzką psychiką oraz gustującym w filmach impresjonistycznych i surrealistycznych.
Barbara Zaczek, 2h
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Embryonic waves
"Embryonic waves" to film abstrakcyjny stworzony w ramach warsztatów filmowych.
Abstrakcjonizm filmowy - XX w. kierunek awangardowy, który zrywa bezpośrednie więzi pomiędzy ekranem filmowym a światem realnym. Dynamiczny obraz staje się w nim formą czysto wizualną, bezprzedmiotową. (za: Encyklopedią Kina, pod red. Tadeusza Lubelskiego).
Ekipa realizatorska w składzie:
Karolina Kulpa 2c, Oliwia Staszczyk 2h, Kamil Kruk 2c - zdjęcia
Anna Białek 2c - montaż
W filmie wykorzystano utwór "Embryonic waves" Matthew Raetzel'a.
Copyright 2013 Matthew Raetzel. All rights reserved.
piątek, 27 grudnia 2013
Dziewczyna z niesfornym kokiem - recenzja filmu "Życie Adeli" Abdellatifa Kechiche
Film Kechiche’go przedstawia losy zaczytującej się w książkach i
uwielbiającej każdy rodzaj jedzenia, z wyjątkiem owoców morza, licealistki Adeli.
Francuzka ma dużo znajomych, zero problemów z rodzicami i mimo że czasami
płacze bez powodu, wydaje się być optymistką. Zaczyna spotykać się z
przystojnym Thomasem (Jérémie Laheurte), ale jak zdradza przyjacielowi – nie
czuje się z nim do końca szczęśliwa. Szybko kończy tę relację, gdy w jej
życiu pojawia się niebieskowłosa studentka sztuk pięknych, Emma. Oczytana
i inteligentna dziewczyna nie ukrywa przed nią swoich preferencji seksualnych.
,,Życie Adeli’’ ukazuje namiętny związek kobiet rozciągnięty na przełomie kilku
lat.
Proces
dojrzewania bohaterek demonstrowany jest przez fryzury, które akurat noszą.
Adele mimo wkroczenia w dorosłość nie rezygnuje z ulubionego niesfornego koka.
Staje się on symbolem niedojrzałości bohaterki. Mimo tego, że jest starsza, jej
postępowanie wydaje się być takie samo jak parę lat wcześniej. Natomiast dobiegająca
trzydziestki Emma rezygnuje z zadziwiająco pasującego do niej koloru włosów i
wraca do tego naturalnego.
Kechiche buduje atmosferę poprzez konstrukcję obrazu. Film składa się głównie z detalicznych ujęć twarzy Adeli zajmującej większość kadru. Podczas trzygodzinnego seansu widz ma szansę poznać jej każdy szczegół odczytując z niego emocje dziewczyny. Reżyser zastosował ryzykowny zabieg, który jednak zadecydował o sukcesie dzieła. Od Exarchopoulos nie da się oderwać wzroku. Mimo że jest naturszczykiem, z niespotykaną lekkością i wiarygodnością odgrywa silne emocje (jak choćby atak płaczu, gdzie cała jej twarz czerwienieje i zalewa się łzami). Z kolei równie rewelacyjna, enigmatyczna kreacja Seydoux, przypomina Patricię graną prze Jean Seberg w ,,Do utraty tchu”.
Różnicę
pomiędzy bohaterkami Kechiche podkreśla celebrując momenty jedzenia przez
rodzinę Adeli spaghetti, czy raczących się ostrygami bliskich Emmy. Podkreśla w
ten sposób różne klasy społeczne, z których się wywodzą, a co za tym idzie -
także ich odmienne charaktery.
Jedynym
elementem filmu, do którego można mieć zastrzeżenia, są zbyt długie rozmowy na
temat literatury. Mimo że dla pewnej części widowni mogą być interesujące,
lepszym sposobem poznania Emmy byłoby dowiedzenie się czegoś więcej o jej
przeszłości.
Reżyser nie roztrząsa wątku reakcji otoczenia na
orientację seksualną, tworzy za to wiarygodną historię związku dwóch kobiet, który
nie jest widzowi obojętny.
Ewa Raszpunda, 2c
sobota, 30 listopada 2013
Recenzja z cyklu: NAJGORSZY FILM "Zmierzch. Księżyc w nowiu"
Drugiej części Zmierzchu, który cieszył się wielką popularnością wśród widzów, nie można uznać za najlepszy film.
Księżyc w nowiu to najciemniejsza faza księżyca, dlatego tytuł kolejnej części sagi „Zmierzch” może sugerować, że film opowiada o najmroczniejszym okresie w życiu Belli (Kristen Stewart). Jeżeliby przyjąć, że Edward jest ukazany jako księżyc, to te słowa wskazywałyby, że wampir nie będzie pojawiał się przez większą część filmu. I faktycznie, Pattinson znika z ekranu na długo. Zabieg ten był błędem, gdyż pozostawiona samej sobie Stewart zanudza widza swoją depresją z powodu jego odejścia (ukochany wyjechał z Forks, oznajmiając Belli, że jej nie kocha). Bella nie wie, że ten porzucił ją ze względu na jej bezpieczeństwo (incydent urodzinowy). Załamanie dziewczyny jest więc logiczne, niestety skutkuje ono znudzeniem widza. Twórcy starali się temu zapobiec, wprowadzając sceny z udziałem wilkołaków. Pomimo iż ten zabieg można uznać za całkiem ciekawy, to i tak rozwlekła opowieść opuszczonej dziewczyny działa usypiająco.
Księżyc w nowiu to najciemniejsza faza księżyca, dlatego tytuł kolejnej części sagi „Zmierzch” może sugerować, że film opowiada o najmroczniejszym okresie w życiu Belli (Kristen Stewart). Jeżeliby przyjąć, że Edward jest ukazany jako księżyc, to te słowa wskazywałyby, że wampir nie będzie pojawiał się przez większą część filmu. I faktycznie, Pattinson znika z ekranu na długo. Zabieg ten był błędem, gdyż pozostawiona samej sobie Stewart zanudza widza swoją depresją z powodu jego odejścia (ukochany wyjechał z Forks, oznajmiając Belli, że jej nie kocha). Bella nie wie, że ten porzucił ją ze względu na jej bezpieczeństwo (incydent urodzinowy). Załamanie dziewczyny jest więc logiczne, niestety skutkuje ono znudzeniem widza. Twórcy starali się temu zapobiec, wprowadzając sceny z udziałem wilkołaków. Pomimo iż ten zabieg można uznać za całkiem ciekawy, to i tak rozwlekła opowieść opuszczonej dziewczyny działa usypiająco.
Pogrążonej w cierpieniu
Belli stara się pomóc jej przyjaciel z dzieciństwa Jacob Black (Taylor Lautner).
Jednak jego postać jeszcze bardziej komplikuje dalsze losy dziewczyny, gdyż on
z czasem zaczyna darzyć ją mocniejszym uczuciem. Niektóre sceny, nakręcone
przez Chrisa Weitza, mogą sugerować, że ich przyjaźń przerodziła się w coś
silniejszego. Jednak nie jest to pokazane wprost. Sytuacja jest paradoksalna, gdyż Jacob
(sympatyczny i dosyć zabawny) to przeciwieństwo poważnego i zatroskanego
Edwarda. Sprawa nie jest prosta również dlatego, że Bella nie wie, że skrywa on
mroczną tajemnicę. Jako wilkołak musi chronić granic Forks przed wampirami, a
więc i przed jej ukochanym.
Akcja „Księżyca
w nowiu” rozwija wątek miłosny. Jednak o ile w pierwszej części „Zmierzchu” miłość
daje radość, to w drugiej staje się obsesją. W zasadzie film poświęcony jest zamartwieniu
się Belli, pełnej bólu po utraconej miłości, starającej się pogodzić z
odrzuceniem. To powoduje u widza przytłoczenie i zmęczenie. „Księżyc w nowiu”
pozbawiony jest scen, które oczyściłyby ponurą atmosferę i dodały filmowi
lekkości.
Gra aktorska
również pozostawia wiele do życzenia. Bohaterami pierwszoplanowymi są: Edward
Cullen, który przez większą część filmu jest praktycznie „niewidzialny” dla oka
kamery, Isabella Swan, która bez ukochanego wampira u boku może sprawiać
wrażenie, iż gra bardziej naturalnie, nie musząc tulić się czule do jego
ramienia. Jednak jej udręka w samotności też po pewnym czasie staje się pełna
niepotrzebnego patosu. Ostatnim z głównych bohaterów jest Jacob Black, sympatyczny
chłopak z poczuciem humoru. Jednak nawet taka postać nie ratuje filmu. Bohaterowie
drugoplanowi są mało wyraziści i niechlujnie zarysowani. Ich postacie pojawiają
się nagle i równie szybko znikają z ekranu i z naszej pamięci.
Sposób mówienia
postaci wydaje się być niezamierzenie komiczny. Zbyt duża dawka patosu
przeplatająca się z tragizmem jest tak silna, że niejednokrotnie powoduje
uśmiech politowania na twarzy odbiorcy. Wzniosłe słowa bohaterów zamiast
wzruszać, śmieszą. Saga „Zmierzch” kierowana jest raczej do nastoletniej publiczności,
dla której tak wyszukane słownictwo jest sztuczne.
Sceny walk,
rozgrywane pomiędzy wilkołakami, z technicznej strony zrobione zostały
wystarczająco dobrze, jednak momentami wydają się zbyt drastyczne. Emanują
przemocą, która niekiedy staje się zbyt przerażająca. Efekty specjalne, z
pozoru zachwycając metodą wykonania, stają się natarczywe, wizualne chwyty nie
trzymają w napięciu. Graficzne mankamenty przyczyniają się do całkowitej
kompromitacji filmu.
Jedynie ścieżka
dźwiękowa, stworzona przez Alexandra Desplata, zasługuję na pochwałę. Muzyka
dobrze komponuje się z fabułą filmu, jednak po dokładniejszej analizie
poszczególnych utworów. wydaję się być nieco ironiczna.
„Księżyc w
nowiu” zgromadził tłumy wielbicieli. Spowodowane to jest pewnie wielkim szumem
medialnym, który wytworzony został przez specjalistów od reklamy. Dodatkowo
uroda Roberta Pattinsona, który dla nastolatek jest ideałem wymarzonego
chłopaka, przyczynia się do popularyzacji kolejnej części „Zmierzchu” i całej
sagi. Wielu nastolatkom kontynuacja sagi podoba się głównie ze względu na urok
osobisty Edwarda. Jednakże postać, stworzona przez Stephenie Mayer, nie powinna
być głównym powodem obejrzenia tego filmu. Ważne też są wartości, które winna
nieść historia opowiedziana w filmie. Niestety „Księżyc w nowiu” nie przekazuje
niczego, co mogłoby w nas pozostać po zakończeniu seansu. Uczucie łączące
głównych bohaterów, to miłość mało realna. Cóż więc może dać odbiorcy?
Anna Sajak, 2c
Anna Sajak, 2c
poniedziałek, 11 listopada 2013
Poświęcenie – recenzja filmu "Labirynt" Denisa Villeneuve
Keller Dover ma
szczęśliwą rodzinę i dobrych przyjaciół. Jego spokojne,
poukładane życie wydaje się być niezagrożone. Jedynym problemem,
z jakim się boryka, jest spłata kredytu (kto w dzisiejszym świecie
nie ma takich problemów?). Sielanka trwa do czasu, gdy w Święto
Dziękczynienia zostaje porwana jego córka (wraz z koleżanką).
Załamany ojciec widząc nieporadność policji postanawia sam
odnaleźć zaginione dzieci. Aby jednak mu się to udało, będzie
musiał użyć kilku niekonwencjonalnych sposobów...
Denis Villeneuve
od samego początku buduje atmosferę niepewności. Robi to powoli,
stopniowo stawiając coraz więcej pytań, nie dając na nie
odpowiedzi. Akcja porusza się naprzód wolnym tempem, jednak sposób
prowadzenia filmu sprawia, że cały świat przedstawiony w „
Labiryncie „ mocno wciąga i intryguje. Emocje są budowane głównie
za pomocą przygnębiających barw i scen rodem z horroru. Większość
wydarzeń ma miejsce nocami, podczas burz i ulew, a niektóre zabiegi
przywołują na myśl genialnego twórcę dreszczowców, jakim był
Alfred Hitchcock. Denis Villeneuve mądrze i niezwykle precyzyjnie
bawi się z widzem, podając mu coraz to nowsze tropy w śledztwie. Z
każdą minutą filmu w kręgu podejrzanych jest więcej osób, a
wskazówki, kto stoi za porwaniem, nie są jednoznaczne.
Dynamika filmu
opiera się na opozycji dwóch głównych postaci. Jake Gyllenhall
świetnie sprawdza się, jako detektyw odnoszący same porażki w
śledztwie. Na jego twarzy idealnie rysuje się bezradność i brak
pewności siebie. Widać jak Loki gubi się w coraz to nowszych
faktach i balansuje na bardzo cienkiej granicy między utratą
kontroli, a obiektywnym spojrzeniem na wydarzenia. Rola Huhga
Jackmana (Keller), rozdartego między uczciwością a instynktem
rodzicielskim ojca, sama w sobie jest mocno intrygująca. To zasługa
dobrego scenariusza i umiejętnego prowadzenia aktora.
„ Labirynt ” z pewnością nie jest typowym amerykańskim kinem akcji, choć posiada cechy gatunku. Nie ma tu jednak strzelanin, wybuchów i pościgów. Inne spojrzenie na schematy historii porwania dziecka przybliża ją w sposób emocjonalny do widzów. Zaczynami się zastanawiać, jakie granice bylibyśmy w stanie przekroczyć, gdy stawką jest życie naszych dzieci. Do czego moglibyśmy się posunąć, aby je odzyskać. Film pozostawia do rozstrzygnięcia wiele istotnych kwesti, nad którymi warto się zastanowić.
„Labirynt” łączy suspens, intrygę i dylemat moralny. Biorąc pod uwagę te wszystkie czynniki, zdecydowanie można go tylko polecić. To wyśmienite kino.
Daniel Natkaniec, 1c
Subskrybuj:
Posty (Atom)











