niedziela, 17 września 2017

Zapisy na Olimpiadę Wiedzy o Filmie i Komunikacji Społecznej

Ruszyły zapisy na kolejną edycję Olimpiady Wiedzy o Filmie i Komunikacji Społecznej

(zgłoszenia przyjmuje p. Izabela Żelazna)






Informacje ze strony Organizatora http://www.fn.org.pl/:

Na czym polega Olimpiada Wiedzy o Filmie i Komunikacji Społecznej?

Ogólnopolska Olimpiada Wiedzy o Filmie i Komunikacji Społecznej to jedyna tego typu interdyscyplinarna inicjatywa w kraju, przeznaczona dla młodzieży szkół ponadgimnazjalnych. Składa się z trzech etapów: eliminacji szkolnych (listopad 2017 r.), zawodów okręgowych (styczeń 2018 r.) oraz zawodów centralnych (kwiecień 2018 r.).

Jaki jest cel Olimpiady Wiedzy o Filmie i Komunikacji Społecznej?

Olimpiada ma służyć popularyzacji kultury filmowej i komunikacji społecznej zwłaszcza w wymiarze praktycznym wśród młodych ludzi. Szczególny nacisk jest położony na tematykę wykorzystującą dorobek kultury polskiej pod kątem rozwijania umiejętności sytuowania i rozumienia specyfiki rodzimych sztuk audiowizualnych w stosownych kontekstach. Olimpiada koncentruje się na różnych aspektach komunikacji społecznej, głównie w zakresie oddziaływania za pomocą języka i obrazu. W trakcie Olimpiady uczniowie będą wyrabiać i udoskonalać techniki i zasady tworzenia przekazu językowego i wizualnego oraz konstruowania czytelnej narracji przekazu. Przygotowując się do zmagań konkursowych uczniowie znacząco poszerzą swoją wiedzę z zakresu kinematografii polskiej i obcej.

Motyw przewodni edycji 2017/2018

Każda edycja Olimpiady skupiona jest wokół innego zagadnienia. Hasłem przewodnim drugiej edycji jest Kino wartości.



środa, 22 marca 2017

"Assassin's Creed": Czyli jak zaprzepaścić potencjał znanej i lubianej serii


Dotychczasowe adaptacje kinowe gier, nie należały do projektów udanych. Te, które zostały ciepło przyjęte przez widzów i krytyków, ciężko policzyć na palcach jednej ręki. Nic dziwnego skoro większość z tych nieudolnych prób to chaos, rozpacz i zgrzytanie zębami widowni.
    Assassin’s Creed, w reżyserii Justina Kurzela, to film z którym nadzieje wiązało spore grono odbiorców. Mówiąc sporo, mam na myśli nie tylko fanów serii gier od Ubisoftu. Tytuł serii gier jest znany również wśród odbiorców nie będących graczami. Liczne wzmianki w sieci związane z atrakcyjnym gameplayem i barwną postacią głównego bohatera to swoisty popkulturowy fenomen. Film zapowiadał się więc naprawdę dobrze- pierwsze zwiastuny wyglądały obiecująco, a wizja przeniesienia doskonale znanego uniwersum na kinowe ekrany wzbudzała spore zainteresowanie. To co przede wszystkim wywoływało największe emocje to niezaprzeczalny fakt, jak duży potencjał ma seria Assassin’s Creed.
    Przekonali nas o tym doskonale sami twórcy z Ubisoftu, wydając kolejne części gry w bardzo krótkich odstępach czasowych. Świat, który wykreowali to istny temat rzeka, a jego uniwersalizm pozwala na kreowanie dowolnej liczby postaci, w dowolnej konfiguracji i w wybranych realiach historycznych. Stąd też ogromne nadzieje światowej publiczności. Nadzieje na to, że wreszcie, niedzielny widz nie posiadający absolutnie żadnej wiedzy odnośnie fabuły występującej w ośmiu kolejnych grach cyklu, będzie mógł swobodnie zasiąść na sali kinowej obok największego fana serii i obaj wyjdą z seansu zadowoleni.
    Podobne nadzieje wiązano również z innymi, wcześniejszymi projektami będącymi adaptacją gier. Idealnym przykładem na kompletne zmarnowanie potencjału znanej i lubianej marki jest „Tomb Raider” z Angeliną Jolie w roli głównej, czy cała seria koszmarnych filmów opartych na uniwersum znanym z gier „Resident Evil”. Gdyby twórcy poprowadzili te produkcje poprawnie, powstałyby kolejne filmy z Larą Croft. Natomiast kolejne (i ciągle powstające) produkcje z Millą Jovovich mogłyby stać się synonimem dobrego rozrywkowego kina przeniesionego z ekranów komputera. Po takich niewypałach, wydawać by się mogło że twórcy nie mogą popełnić tych samych błędów, co ich poprzednicy. Czyżby?
    Do stworzenia dobrej adaptacji „Assassin’s Creed” naprawdę nie trzeba było wiele - wystarczyło zaaplikować do filmu dużo akcji, scen pościgowych, parkouru i innych charakterystycznych elementów dla tego uniwersum, do tego całość owinąć w bezpieczną (nawet jeśli trochę banalną) fabułę, a wtedy z pewnością film ten byłby rozpatrywany w kategoriach przyzwoitego popcornowego kina. Nikt nie oczekiwał przecież od twórców, że pokuszą się o coś ambitnego, albo poważniejszego niż prosta i efektowna fabuła, której głównym celem jest bycie atrakcyjną dla oka. Tego zwyczajnie nie dało się zepsuć.
    Assassin’s Creed to opowieść, która bije rekordy niespójności fabularnej. Na początek widzowie otrzymują napisy, które w łopatologiczny sposób tłumaczą zaszłości pomiędzy Assassynami i Templariuszami. Następnie, poznają głównego bohatera Cala (Michael Fassbender) i dowiadują się w jaki sposób trafił do bazy Abstergo, w której od tego momentu będzie toczył się cały wątek fabularny. Cal zostaje zmuszony do współpracy z przodkami templariuszy, którzy zlecają mu odnalezienie „Rajskiego Jabłka”, będącego według nich w stanie zapewnić pokój na świecie, a w rzeczywistości unicestwić zakon Assassynów. Mimo początkowych oporów głównego bohatera, ten zgadza się na współpracę i pomaga templariuszom odzyskać pożądany przedmiot poprzez synchronizację z odpowiednim przodkiem (przez system zwany Animusem).
    Fabuła jest zdecydowanie najsłabszym elementem tej produkcji. Jest ona niezwykle naiwna i nie trzyma się kupy. Źle napisany skrypt z pewnością wpłynął też w znacznym stopniu na grę aktorską. Michael Fassbender wyraźnie czuł się w swojej roli niekomfortowo. Zupełnie tak, jakby jego postać została napisana pod kogoś innego. Znany aktor nie odnajduje się w swojej postaci, chociaż trudno się mu dziwić, biorąc pod uwagę puste i pseudofilozoficzne linie dialogowe, które włożono mu w usta.
    Problemy Fassbendera na ekranie są z pewnością podobne do tych, z którymi borykała się Jolie, i wciąż boryka się Jovovich, we wspomnianych wcześniej tytułach. Twórcy adaptacji gier, w których główne role grają kobiety, uznali że ich walorami fizycznymi będą w stanie zastąpić braki scenariuszowe. Z podobnego założenia najwyraźniej wyszli również twórcy „Assassin's Creed”, którzy doszli do wniosku, że sama obecność Fassbendera na ekranie zapewni im finansowy sukces.
    „Assassin’s Creed” stara się udawać, że jest czymś więcej niż w rzeczywistości. Przez ogromną chęć ukazania świata w sposób patetyczny i śmiertelnie poważny, widzowie dostają niezamierzoną autoparodię, która niemiłosiernie nudzi. Film Kurzela nie zalicza się nawet do gatunku filmów tak złych, że aż dobrych. Twórcom zabrakło dystansu i poczucia humoru, obecnego w grach.
    Seria „Assassin’s Creed” to tytuły, które zawsze należało traktować z odpowiednim dystansem. Wątek fabularny zawsze był mocno naciągany i stanowił jedynie pretekst do prowadzenia przyjemnej rozgrywki. Co jest w tych tytułach najlepsze? Możliwość eksploracji świata, synchronizacja wspomnień w Animusie, toczenie walk i pościgów. Całość gier tak naprawdę opiera się na nielogicznym absurdzie związanym z podróżami w czasie, a jednak potrafią one być dla graczy angażujące i niezwykle ciekawe.
    Twórcy filmu nie przenieśli na ekran kinowy rzeczy, które zapewniły cyklowi od Ubisoftu największą popularność. Przenoszenie się w czasie stanowi jedynie drobny wycinek filmu. W Animusie, bohater znajduje się 3 razy, a przecież właśnie to stanowi o popularności całej marki. Krótkie epizody, w formie w jakiej zostały ukazane na ekranie, nie mają prawa zaspokoić ciekawości fana serii a tym bardziej przekonać widza nie znającego fabuły gier. Kosztem efektowności, twórcy postawili na hiperrealizm, w wyniku czego nawet „skok wiary”- czyli ikoniczna część każdej z odsłon, kończy się niepowodzeniem i uszczerbkiem na zdrowiu bohatera.
    W filmie pojawia się też wątek współczesnych Assasynów, którzy nie zgadzają się z działaniami templariuszy w bazie i próbują przekonać Cala na przejście na ich stronę. I owszem, byłby to niezwykle ciekawy pomysł na film, gdyby nie fakt, że kosztem dynamicznej akcji, widzowie otrzymują 2 godziny filozoficznych rozważań dotyczących wyborów i moralności spod znaku Paulo Coelho.
    Skoro jednak producenci nie postawili na spójność fabularną, mogli przynajmniej zrekompensować to ciekawą akcją, chociażby tak jak w ekranizacji serii cyklu „Prince of Persia”. Podobnie jak w przypadku filmu Kurzela, fabuła w disneyowskiej adaptacji nie zachwycała. Mimo to, nikt nie mógł zarzucić filmowi, że był nudny. Umiejętne przedstawienie scen akcji, zapewniło mu miano kiepskiego fabularnie, ale przynajmniej atrakcyjnego dla oka.
    Tego właśnie zabrakło Assasynowi. Chcąc zrobić wszystko, twórcy stworzyli jedno wielkie "nic". Żaden z kluczowych dla produkcji filmowej elementów nie jest w pełni dopracowany- nawet muzyka. To kolejny aspekt, który trudno zrozumieć. Ścieżka dźwiękowa filmu Kurzela to jeden wielki chaos. Pomieszano tu kompletnie skrajne gatunki muzyczne, a utwory zupełnie nie pasują do rozgrywanych scen. Zatem nawet muzyka, będąca mocnym punktem gier od Ubisoftu, w przypadku filmu stoi na żenująco niskim poziomie.
    Co ciekawe sam Ubisoft nie wstydzi się produkcji, umieszczając swoje logo w napisach początkowych. Najwyraźniej chęć odcięcia kolejnego kuponu od znanej i przynoszącej ogromne zyski finansowe franczyzy, jest silniejsza niż poczucie artystycznej porażki.
    W jakim kierunku zmierzają adaptacje kinowe gier? Kolejne produkcje budzą słuszne obawy. Pójście po najmniejszej linii oporu przy filmach o tak dużym budżecie i o tak dużym zainteresowaniu widowni to przykład zimno wykalkulowanej producenckiej zagrywki mającej na celu czysty i łatwy zysk. Ale to myślenie krótkowzroczne. Jeżeli twórcy pozostaną na tej ścieżce, to kinowe adaptacje gier nie mają absolutnie żadnej przyszłości.

Kuba Jakubiec, 3c

wtorek, 28 lutego 2017

Filmy uczniów VILO w finale konkursu Narkręć się

Dwa filmy uczniów naszego liceum znalazły się w finale ogólnopolskiego konkursu na etiudę filmową Nakręć się.



https://filmoteka.ceo.org.pl/aktualnosci/poznajcie-finalowa-dziesiatke-i-wybierzcie-swoj-ulubiony-utwor

Na film "Bracia" ("Bracia" autorzy: Oleksiy Chapay, Mikołaj Musialik, Jakub Jakubiec, Józef Białasik, Yelyzaveta Kostromova, Daryna Kostromova, Zuzanna Sawińska) i animację poklatkową "Abstrakcja wyjątkowi" ("Abstrakcja Wyjątkowi" autorzy: Oleksiy Chapay, Inga Pawlicka, Karolina Musiał, Wiktoria Reinfuss) można głosować do 1 marca tu.

Gratulujemy młodym filmowcom i zachęcamy do głosowania!

czwartek, 23 lutego 2017

Dzień Filmowy DISNEY

20 stycznia, jak co roku, w murach VILO, odbył się Dzień Filmowy, tym razem poświęcony kinu Walta Disneya.


Plan wydarzenia obejmował: wykład ekspercki dotyczący historii Disneya prowadzony przez Jacka Dziduszkę, konkurs na najlepszy strój inspirowany tematem oraz pokaz filmu "Inside out" ("W głowie się nie mieści"), zdobywcy Oscara za rok 2015 w kategorii: najlepszy film animowany.

Już pierwsze minuty po oficjalnym rozpoczęciu Dnia Filmowego przyniosły nieoczekiwaną zmianę. Niestety, w związku z zdarzeniem losowym, prelegent nie mógł pojawić się osobiście. Jego rolę przejęła uczennica liceum, prywatnie fanka Disneya, Magda Błaszczyk z klasy 3c, która wygłosiła, podparty niezwykle skrupulatną wiedzą, wykład obejmujący historię, fakty i filmografię związaną z postacią tytułową.

Następnie odbył się konkurs na najlepszy strój inspirowany Disneyem. W szranki stanęło 37 uczniów przebranych w stroje z filmów. Każdy uczestnik miał chwilę na przedstawienie swojej postaci na scenie. Wśród nich znalazły się m.in. żeńskie wersja Piotrusia Pana, Cruella de Mon (w dwóch wcieleniach), postacie z Alicji w Krainie Czarów, dwie Piękne (i jedna Bestia) czy bohaterowie nowych Gwiezdnych Wojen.





Kolejnym punktem programu stało się (nieoczekiwanie) karaoke. Spontanicznie podjęta decyzja wynikająca ze zmiany planów zaowocowała piosenkami z "Króla lwa", "Mulan", "Herculesa" i "Pocahontas" w brawurowym wykonaniu solistów lub zespołów złożonych z całych klas (wielkie brawa dla 2c za wykonanie piosenki "Zrobię mężczyzn z was" z filmu "Mulan"!).

Ukoronowaniem Dnia Filmowego był pokaz filmu "Inside out" z 2015 r., wytwórni Disney Pixar.

Po pokazie odbyło się ogłoszenie zwycięzców i wręczenie nagród za udział w konkursie na najlepsze przebranie.


Ostatecznie, po podliczeniu głosów publiczności, pierwsze miejsce zajęła, przebrana za Kopciuszka, Maja Strzebońska z klasy 3c (zdobywając pierwsze miejsce drugi rok z rzędu). Druga była Weronika Panek z klasy 1i, która wystąpiła jako Jessie z filmu "Toy story". Trzecie miejsce zajęła Katarzyna Kubiak z 1b, przebrana za Kim Kolwiek.




Dzień filmowy w roli konferansjera poprowadziła: Zuzanna Radek z 2c
Plakaty wykonały: Zuzanna Dec i Julia Kasprzycka z 2c
Autorką zdjęć jest: Patrycja Zagaja z 1i
Oprawę muzyczną zawdzięczamy: Oli Wartalskiej i Natalii Żmudzie z 3e oraz Elise Alvarez z 3f

Organizatorem była p. Izabela Żelazna

sobota, 31 grudnia 2016

Legion samobójców - recenzja

Legion samobójców - recenzja

W ciągu kilku ostatnich lat kina opanowała moda na filmy stworzone na podstawie komiksów. W ciągu pięciu lat powstało ich aż 22... 21 nie wliczając katastrofy, którą była „Fantastyczna Czwórka”. Siedemnaście z nich jest ekranizacjami komiksów kompanii Marvel. Jestem pewien, że każdy z nas jest w stanie wymienić przynajmniej kilka tytułów: „Avengers”, „Iron Man”, „Strażnicy Galaktyki”, czy ciepło przyjęty przez fanów „Deadpool”. Produkcje Marvela przez długi czas nie miały praktycznie żadnej konkurencji. Ich najwięksi rywale, DC, zniknęli z ekranów kin. W końcu trylogia „Mroczny Rycerz” zakończyła się w 2012, a sequel „Człowieka ze stali” nie został zrealizowany. Wydany cztery lata później film „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”miał być triumfalnym początkiem dla uniwersum DCEU (DC Extended Universe). Niestety, pomimo komercyjnego sukcesu, oceny krytyków były niezadowalające. Widzowie zastanawiali się co dalej? Jaki jest następny krok DC? I właśnie w tym momencie, przy dźwiękach „Bohemian Rhapsody” i blasku neonów przybyli oni. Najgorsi. Bohaterowie. W historii.
Na barkach Davida Ayera odpowiedzialnego za „Legion samobójców” spoczęło nie lada wyzwanie. Film o złoczyńcach zmuszonych do pracy dla rządu miał zatrzeć wszelkie ślady po porażce, którą okazał się „Batman v Superman” i sprowadzić DCEU z powrotem na właściwe tory. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem. W obsadzie były najgorętsze gwiazdy Hollywood. Zainteresowanie publiczności było non stop podsycane przez nowe plakaty, teasery i trailery. Dobrym posunięciem było też poproszenie jednego z obecnie najpopularniejszych zespołów rockowych – Twenty One Pilots – o nagranie piosenki do filmu. W końcu nadszedł dzień premiery. Widzowie tłumnie ruszyli do kin zaciekawieni historią tytułowego legionu. Wtedy nikt nie spodziewał się tego co wkrótce miało nastąpić.


„Legion samobójców” został zmieszany z błotem przez krytyków. Film, który miał wymazać złe wspomnienia po „Batman v Superman” zebrał jeszcze gorsze recenzje. Po kilku miesiącach czekania na premierę było to jak kubeł zimnej wody. „Legion” nie był tym, na co czekali widzowie.
Przede wszystkim zauważalne są problemy z tempem akcji. Film od początku aż do końca poprzecinany jest retrospekcjami pokazującymi kim byli kiedyś główni bohaterowie i co sprawiło, że stali się postaciami, które znamy obecnie. Mamy więc Deadshota ściganego przez Batmana, mamy Harley i Jokera, mamy Kapitana Boomeranga w towarzystwie Flasha, mamy El Diablo, mamy Enchantress i wiele innych postaci. Problem leży jednak w tym, że każda z tych postaci ma bardzo bogatą historię i nie da się jej całkowicie pokazać w dwugodzinnym filmie. Taka forma narracji skutkuje tym, że pierwsza połowa jest przeładowana kilkuminutowymi urywkami z życia każdej postaci, które zamiast objaśniać nam fabułę, zostawiają nas z większą ilością pytań. Wpływa to bardzo niekorzystnie na tempo, ponieważ zostaje zbyt mało czasu by rozwinąć główny wątek – starcie Legionu z Enchantress.


Twórcy filmu mogli poświęcić więcej czasu na pokazanie relacji panujących pomiędzy członkami. To co zostało pokazane było największym atutem filmu. Każdy z nich na swój sposób oczarowuje widza. Nawet Katana, która w filmie wypowiedziała może pięć zdań (w tym trzy po japońsku), pozostawia dobre wrażenie. Na wyróżnienie na pewno zasługuje Will Smith. Pomimo podobieństw do poprzednich postaci, w które aktor miał okazję się wcielić, Deadshot wciąż pozostaje jednym z najciekawszych bohaterów w filmie. Warto wspomnieć też o Violi Davis, która fenomenalnie odgrywa rolę Amandy Waller, urzędniczki rządowej i twórczyni Legionu, która w filmie wypełnionym po brzegi superzłoczyńcami okazuje się być najbardziej przerażająca z nich wszystkich. No i oczywiście należy wspomnieć o Harley Quinn. Margot Robbie doskonale poradziła sobie z tą postacią. Lepszej Harley nie można było sobie wymarzyć. Jest urocza, zabawna, seksowna, niebezpieczna, nieco irytująca i kompletnie szalona. Dokładnie taka jak oczekiwano. Nieco gorzej natomiast poradził sobie z rolą filmowy kochanek Harley – Jared Leto. W kontekście genialnej kreacji Heatha Ledgera stworzenie na nowo postaci tak ikonicznej jak Joker to nie lada wyzwanie. Spora część kampanii reklamowej „Legionu samobójców” opierała się właśnie na nim. Był to na pewno Joker inny niż Joker Ledgera, co jest ogromnym plusem, ale biorąc pod uwagę cały hype1 stworzony wokół niego odbiorcy spodziewali się czegoś więcej. Jedyną aktorką, której gra w filmie nie imponuje, jest odtwórczyni roli głównej antagonistki Legionu – Cara Delevigne. Lubiana jako modelka i celebrytka, aktorką jest przeciętną. Na początku skryta za czarnym welonem tajemnicza Enchantress wywołała zaciekawienie. Niestety im bliżej końca filmu tym bardziej ta postać śmieszyła niż przerażała. Osiągnęło to apogeum pod koniec filmu, kiedy antyczna siła zła odcięta od cywilizacji na kilka milionów lat mówi groźnym głosem do pułkownika Flagga: „Nie zabijesz mnie. Nie masz jaj, by to zrobić.”

Oglądając „Legion samobójców” nasuwa się pytanie: co by było gdyby? Może gdyby studio dało reżyserowi trochę więcej czasu i nie wtrącało się w proces twórczy film ten byłby bardziej spójny i nie miał problemów z tempem i nieskończoną ilością retrospekcji. Może zdobyłby serca zarówno fanów komiksu jak i krytyków filmowych i zakończyłby raz na zawsze debatę DC kontra Marvel. Pomimo wszystkich wad, które ma „Legion”, jest to całkiem dobry film. Może nie jest to następny „Mroczny Rycerz”, albo chociaż następny „Deadpool”, ale jako letni blockbuster sprawdził się świetnie. Jeśli szukacie filmu, który można obejrzeć w sobotni wieczór ze znajomymi i jeśli jesteście w stanie przymknąć nieco oko na wszystkie niedoskonałości, to jak „Legion samobójców” jest jak najbardziej godny polecenia. A jeśli mimo to film wam się nie spodoba... no cóż, przynajmniej mamy świetną Harley Quinn. Miejmy nadzieję, że ludzie z DC wiedzą co robią, a zakręcona pani doktor pojawi się jeszcze na ekranach kin.

Kacper Dziadkowiec, IC

1Szum medialny

czwartek, 24 listopada 2016

Warsztaty z Wędrującym Filmoznawcą i eliminacje szkolne - Olimpiada Wiedzy o Filmie i Komunikacji Społecznej


17 listopada odbyły się eliminacje szkolne Olimpiady Wiedzy o Filmie i Komunikacji Społecznej, w których udział wzięło siedmioro uczestników. Do etapu wojewódzkiego zakwalifikowało się dwoje uczniów VI LO:

Oliwia Kulikowska z klasy 3c i Paweł Skowronek z klasy 2a3


GRATULUJEMY!


Test (dostępny tuobejmował zagadnienia:



  • Rozwój rodzajów i gatunków filmowych w różnych okresach historycznych.
  • Kino autorskie a kino gatunków.
  • Osobowości polskiego kina.
  • Główne nurty i kierunki w polskim kinie np.: socrealizm, Szkoła polska, Kino moralnego niepokoju, nurt obrachunków ze stalinizmem, kino lektur szkolnych, Trzecie kino polskie, kino poprzełomowe, Pokolenie 2000.
  • Środki filmowego wyrazu.
  • Wkład Polaków w rozwój kinematografii na przełomie XIX/XX w.
  • Historia kina polskiego.
  • Polskie festiwale i nagrody filmowe.
  • Instytucje wspierające polską twórczość filmową
  • Audiowizualne repozytoria cyfrowe w Polsce.
  • Dokonania polskich twórców filmowych na arenie międzynarodowej.
  • Od pomysłu do premiery. Zawody filmowe i etapy powstawania filmu.
  • Wzajemne relacje popkultury i filmu.
  • Wpływ estetyki nowych mediów na język filmu.
  • Etyka w filmie dokumentalnym.
  • Etyka i język przekazu dziennikarskiego.
  • Specyfika podstawowych rodzajów i gatunków dziennikarskich.
  • System medialny w Polsce.
  • Cechy komunikacji masowej i komunikowania publicznego.
  • Osobowości polskiego dziennikarstwa.
  • Metody i techniki komunikacji.
  • Instytucje polskiego systemu medialnego.
  • Konwergencja mediów we współczesnym dziennikarstwie i filmie.
  • Symplifikacja przekazów medialnych.
  • Sztuka retoryki i różne techniki komunikacji społecznej.
  • Perswazja i manipulacja w mediach.
  • Reklama i PR jako procesy komunikacji.
  • Wpływ kultury na teksty reklamowe
Przed etapem szkolnym Olimpiady, 15 października,  uczestnicy i klasa filmowa mieli możliwość wzięcia udziału w warsztatach filmowych zorganizowanych przez Filmotekę Szkolną. Wędrująca Filmoznawczyni Filmoteki Szkolnej, Maria Błędowska, zapoznała uczniów z podstawami języka filmowego, zasadami montażu i sposobami ukazywania czasu w filmie.


Uczniowie analizowali również film Marcela Łozińskiego pt. "Ćwiczenia warsztatowe" (1986 r.) ukazujący propagandową siłę montażu i związane z nim możliwości manipulowania widzem.

sobota, 24 września 2016

Mroczna strona miłości - o miłości (nie)romantycznej


             Komedie romantyczne wykreowały specyficzny obraz miłości idealnej. Zgodnie z konwencją, zakochanie następuje w chwili, gdy para głównych bohaterów ujrzy się po raz pierwszy... Uczucie rodzi się na oczach widza poprzez „przypadkowe” spotkania  pełne zalotnych spojrzeń, ukradkowych dotknięć i uśmiechów. Niekiedy miłość na srebrnym ekranie pokazuje również swoją mroczną stronę.

Miłe złego początki…

                Zacznijmy od  znienawidzonego przez mężczyzn (i niektóre kobiety) gatunku filmowego, jakim jest komedia romantyczna. „500 dni miłości” to słodko- gorzka komedia łamiąca wszelkie konwencje i stereotypy. Tym razem to kobieta ma problem z zaangażowaniem się , a mężczyzna jest tą wrażliwą stroną w ich związku.  Summer to dziewczyna z osobowością borderline (ang. „osobowość na pograniczu”). Takie osoby zazwyczaj nie potrafią stworzyć opartego na zdrowych relacjach związku, okazywać swojej miłości, niekiedy nawet jej poczuć.  Jednak ilu chorych, tyle kombinacji. Czasami ktoś oprócz BPD, posiada również inne zaburzenia osobowości. Wtedy w zachowaniu partnera możemy rozpoznać kilka cech charakterystycznych dla tej choroby, co najczęściej objawia się przy ostrzejszej kłótni, skutkując szantażem emocjonalnym.


                Zazwyczaj związek z osobą z borderline można podzielić na dwie fazy i tak również jest w filmie: pierwsza, podczas której partner czuje się komfortowo. Wtedy też poświęca się dużo czasu na intensywne i poufne rozmowy by czuł się osobą zaufaną i adorowaną. Później następuje moment, przełomowy, którego nikt nie chciałby przeżyć - moment, w którym odkrywa się swoje wady. Nikt  nie chce widzieć ukochanej osoby, która przeżywa całkowitą metamorfozę, pastwiąc się nad partnerem i wypominając wszystkie złe chwile i sytuacje, jakich z nim doświadczyła, nie pamiętając o ani jednym pozytywie. Z pewnością nie. Najwyższy poziom borderline to wspomniane już wcześniej szantaże i manipulacje.
                W skrajnych przypadkach agresja osób z BPD obraca się przeciwko chorym. Prowadzą niebezpieczny i nieodpowiedzialny tryb życia lub mają tendencje samobójcze (8-10% osób chorych). Być może są to osoby skrzywdzone, bojące się porzucenia, jednakże takie zachowanie oddziałuje znacząco na ich otoczenie. Po rozstaniu z niestabilnym emocjonalnie partnerem raczej nie ma się ochoty na ponowne zaangażowanie w relację z inną osobą. Brak  zaufania do innych ludzi, poczucie wykorzystania i skaza w postaci wspomnień i nieprzyjemnych doświadczeń pozostaje w nas na zawsze.

Jesteś moją heroiną


                Kolejną pozycją antyromantyczną jest film „Requiem dla snu”, który powiada historię czwórki bohaterów z Brooklynu uzależnionych od narkotyków. Nie są to, jak mogło się wydawać na początku, młodzi i zbuntowani nastolatkowie, szukający mocnych wrażeń, lecz ludzie tacy jak my, którzy też myśleli, że problem używek ich nie dotyczy. I choć głównym wątkiem tego filmu nie jest miłość, stanowi ona jego ważną i integralną część. Harry i Marion to typowa para narkomanów, którzy są razem, ponieważ to dla nich wygodny układ. Jedno troszczy się o drugie, a właściwie o to, by oboje mieli działkę na następny dzień. Narkotyk to nie tylko ucieczka od rzeczywistości, ale i od ciągłych kłótni między kochankami. Młodzi snują marzenia, myślą o wspólnej przyszłości, jednocześnie oddalając się od nich coraz bardziej w stronę coraz głębszego uzależnienia. Niemałe znaczenie w tym wszystkim odgrywa sam tytuł, requiem bowiem to pieśń żałobna, a w oryginale tytuł brzmi przecież „Requiem for a dream”, a jak dobrze wiemy może to oznaczać zarówno sen, jak i marzenie.  Metafora oddalającej się nadziei na wyzdrowienie i straconej przyszłości? Całkiem możliwe.





                W sytuacji uzależnienia pary będącej w związku partner jest najczęściej jedynie środkiem do zaspokajania potrzeb - wynikających z nałogu, jak i seksualnych. To on poratuje działką, gdy będzie taka konieczność i liczy na to samo w momencie, kiedy sam znajdzie się w potrzebie.  Być może w tej zależności rodzi się prawdziwe uczucie? Do następnej dawki narkotyku, jaką dostarczy nam ukochany, a nie do niego samego. To uczucie do wspólnego nałogu, który jest substytutem miłości, jest ucieczką od strachu przed osamotnieniem, jest potrzebą dla której jest się w stanie zrobić wszystko. W związkach narkomanów często dochodzi do sytuacji, kiedy jedna z osób, zaczyna się prostytuować, żeby zarobić na dawkę dla siebie i partnera. W obliczu kryzysu, taki układ zaczyna funkcjonować, a obie strony powtarzają kłamstwa, że to ostatni raz i już niedługo z tym skończą, że odbiją się od dna i przeszłość zostawią za sobą.

Mr. Nieidealny


                Filmem, który trafił ostatnio do szerokiego grona odbiorców jest „Pięćdziesiąt twarzy Greya”.  Fabuła filmu jest dość prosta:  Anastasia Steele, studentka literatury angielskiej, przeprowadza wywiad z młodym, przystojnym i bogatym Christianem Greyem, który jest szefem międzynarodowej korporacji. Z początku niewinne spotkanie szybko nabiera nowego wymiaru, a nasz uroczy biznesmen zaczyna zachowywać się jak stalker, zbierając wszelkie informacje o głównej bohaterce i inicjując „przypadkowe” spotkania.  Oczywiście, w tym momencie większa część publiczności rozpływa się w zachwytach nad zainteresowaniem niezwykłego Greya zwykłą dziewczyną. Rozsądniejszej części publiczności zapala się w głowie czerwona lampka ostrzegawcza. Szybko okazuje się, że pan Grey jest delikatnie mówiąc, dosyć ekscentrycznym człowiekiem. Zanim dotknie jakiejkolwiek kobiety, zakłada jej teczkę z osobistymi danymi oraz „tak na wszelki wypadek” nosi ze sobą plik dokumentów z klauzulą o zachowaniu poufności. Grey, jak sam mówi: „nie bawi się w dziewczyny”, z czego początkowo można by wywnioskować, że to kolejny bojący się zaangażowania facet, jakich pełno we wszelkiego typu romansidłach. Ale nie w tym wypadku. Bohater ma po prostu skłonności sadomasochistyczne, romantyczne uniesienia są mu więc obce. Skąd taka rysa na jego charakterze? Odpowiedź jest równie banalna jak fabuła-oczywiście trudne dzieciństwo.

               Potraktujmy jednak film odrobinę poważniej. Czy relację zbudowaną na jednostronnej dominacji można nazwać poprawną? Większość widzów nie zauważa faktu, że Christian traktuje Anastasię jak swoją zabawkę, nie dostrzega jego egocentryzmu. Mimo, że mówi o korzyściach dla obu stron umowy - dominującej i zdominowanej, tak naprawdę jego czyny mają służyć tylko zaspokajaniu jego potrzeb i kaprysów. To nie jest historia skromnego Kopciuszka i księcia gotowego na wszystko dla swojej księżniczki. To Anastasia cierpi w tym związku najbardziej, raniona przez niedojrzałego mężczyznę, który wykorzystuje uczucia do manipulacji drugą osobą. Cokolwiek by panu Greyowi nie przydarzyło się w życiu, nie ma on prawa nikogo traktować tak, jakby posiadał go na własność.

Ocalić siebie

Miłość (także ta kinowa) może być uczuciem równie destrukcyjnym, co szczera i głęboka nienawiść. W większości przypadków nieudane związki skończą się po prostu zerwaniem i krótkotrwałą urazą, w innych pozostawiają trwałe piętno. Miłość to jedna z najniebezpieczniejszych używek.  Bardzo łatwo ją przedawkować.  A wtedy można przegapić moment, w którym uda nam się jeszcze wycofać i ocalić samego siebie.

                                                              
                                                                              

Kamila Kucia, 2c