poniedziałek, 18 marca 2019

DZIEŃ FILMOWY - TIM BURTON

20 lutego w VILO im. A. Mickiewicza odbył się Dzień Filmowy.

Tematem tegoroczna edycji była twórczość Tima Burtona. Cały dzień w auli Liceum uczniowie klas filmowych (i nie tylko) mogli wysłuchać wykładów eksperckich, zagłosować na najlepszy strój inspirowany postaciami z jego filmów oraz obejrzeć film pt. "Edward Nożycoręki", jeden z najciekawszych w bogatym dorobku reżysera.

Imprezę rozpoczął cosplay. Do konkursu zgłosiło się 9 uczniów spośród których publiczność, w drodze głosowania, wybrała najlepszy ich zdaniem kostium.






Zwyciężyła Bianka Strzebońska z klasy 2c, która przygotowała strój Szalonego Kapelusznika z "Alicji w krainie czarów". Drugie i trzecie miejsce zajęły kolejno Natalia Niemiec (2e jako Gnijąca panna młoda) oraz Gabriela Wożniak (1c - jako Szalony Kapelusznik).

Kolejnym punktem w harmonogramie były wykłady uczniowskie. Każdy uczestnik miał za zadanie przygotować 15. minutowy wykład dotyczący wybranego zagadnienia związanego z twórczością reżysera. Kolejno występowali:
Stanisław Żywicki (1c) - wykład o postaci Eda Wooda
Jan Seraphim i Sara Wiater (2e) - wykład o inspiracjach Tima Burtona
Artemis Antos i Ola Dlugosz (2a3) - wykład o filmie Vincent




W głosowaniu publiczności zwyciężyli uczniowie klasy 2c.

Zarówno zwycięzcy cosplayerzy jak i autorzy prezentacji otrzymali dyplomy i nagrody rzeczowe w postaci filmów "Gnijąca panna młoda".

Po nich, w ramach wykładu eksperckiego, wystąpiła Kaja Klimek, publicystka popkulturowa i filmoznawczyni, która przybliżyła widzom postać Tima Burtona i opowiedziała o jego bogatym dorobku filmowym.



Zwieńczeniem Dnia Filmowego był pokaz filmu "Edward Nożycoręki" z 1990 r.


Organizatorem wydarzenia była p. Izabela Żelazna.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Budapest International Documentary Festiwal


Od 28 stycznia do 3 lutego w Budapeszcie miała miejsce piąta edycja Budapest International Documentary Festival - festiwalu, który zaprosił w tym roku dwójkę uczniów VI LO do udziału w młodzieżowym jury. Uczniowie razem z nauczycielką - Izabelą Żelazną, przybyli do Budapesztu 1 lutego i spędzili w nim trzy dni, oglądając filmy dokumentalne ze wszystkich stron świata, aby ostatniego dnia festiwalu razem z resztą Jury (ze Słowacji, Czech i Węgier) zadecydować, który z szóstki filmów, startujących do nagrody uczniów, powinien tę nagrodę zdobyć. Mimo obejrzenia tak wielu filmów w tak krótkim okresie, wciąż znalazł się czas na zwiedzenie i poznanie trochę pięknej stolicy Węgier, której zdjęcia można zobaczyć w tym reportażu poniżej. Ostatniego dnia, po zażartej dyskusji, młodzieżowemu Jury  udało się wyłonić zwycięzcę, a nagroda została wręczona podczas uroczystej ceremonii kończącej festiwal. Choć zwycięzca, mógł być tylko jeden, każdy film z konkursu był zdecydowanie warty zobaczenia, ponieważ każdy stanowił inną intymną historię, która przez około godzinę wprowadzała widza w inny (a zarazem ten sam) świat. Pora więc przyjrzeć się kandydatom do nagrody młodzieżowego Jury.


Over the limit reż. Marta Prus

Jedyny w zestawieniu polski film, debiutującej w pełnym metrażu, reżyserki Marty Prus, to intymna historia rosyjskiej akrobatki artystycznej- Margarity Mamun, która mimo talentu nie potrafi odnosić sukcesów podczas kolejnych konkursów i mistrzostw, lecz mimo tego dąży do wygranej na olimpiadzie. Równolegle ze stresem związanym z przygotowaniami do mistrzostw i naciskiem ze strony swojej trenerki, Margarita zmaga się z rodzinną tragedią- jej ojciec jest chory na raka i nie zostało mu wiele czasu.

Kamera towarzyszy bohaterce na treningach, rozmowach z chłopakiem, z rodziną, z przyjaciółkami oraz kluczowymi w filmie- dwiema trenerkami przypominającymi trochę dobrego i złego glinę. Jedna jest czuła i kochająca, druga jest cyniczna i agresywna w swych słowach. Marta Prus uwielbia zestawiać ze sobą ujęcia na treningi i występy Margarity z reakcjami drugiej trenerki. Z jednej strony widzimy naszą perspektywę, na zachwycający talent i warsztat akrobatki, a z drugiej widzimy perspektywę trenerki, która widzi jedynie błędy techniczne. Tworzy nam tutaj bardzo silny kontrast. Warto też pochwalić pracę kamery podczas występów Margarity, reżyserce i Adamowi Suzinowi- operatorowi, udało się uchwycić niezwykłe piękno akrobatyki artystycznej, tworząc piękne wizualnie sceny wystąpień.



Celem filmu poza ukazaniem poruszającej historii bohaterki było też ukazanie sportu od innej strony, od strony ciągłego stresu, wyczerpujących treningów, problemów zdrowotnych, braku czasu dla bliskich. Marta Prus przekłuwa poniekąd sportową bańkę, wizję sportu jako trofeów, wielkich zwycięstw i życia z bajki. Zakończenie filmu idealnie wpisuje się w tę myśl, nie siląc się na podniosłość i patos, a w zasadzie unikając go za wszelką cenę.

“Over the limit” to bardzo subtelnie opowiedziana, emocjonująca historia i jeden z faworytów młodzieżowego Jury. Nagrody ostatecznie nie otrzymał, ale nie zmienia to faktu, że jest to dzieło kompletnie i być może jeden z najważniejszych filmów o sporcie w historii.


My heart belongs to Daddy reż. Sofia Haugan

Kolejny debiut, tym razem szwedzkiej reżyserki- Sofii Haugan, która jest również główną bohaterką filmu. Dziewczyna w wieku 10 lat, została opuszczona przez ojca- alkoholika i narkomana. Lata minęły, Sofia dorosła i postanowiła odbudować więź z ojcem, który akurat w tym czasie opuszczał więzienie. Ojciec Sofii- Kjell Magne Haugan, to z jednej strony narkoman i złodziej, a z drugiej dosyć wzbudzający sympatię, podstarzały hipis z charyzmą i poczuciem humoru.

Mój problem z tym filmem polega trochę na jego ekspozycji. Reżyserka posiliła się na odkrywanie przeszłości równolegle z wydarzeniami aktualnymi przez co przez prawie całą pierwszą połowę filmu nie do końca wiemy o co chodzi, a kiedy już się dowiadujemy to reszta historii już nie wzbudza wielkich emocji i prowadzi do dosyć prostego, oczywistego zakończenia. Sofia Haugan sprawia wrażenie jakby trochę gubiła się w narracji, co może potęgować dosyć irytujący nieskładny montaż. Reżyserka skusiła się również na wiele edytorskich zabiegów, który w głowie mogły się wydawać efektowne, a praktyce okazały się… efekciarskie. Wszelkiego rodzaju wstawki montażowe, glitche, przejścia zamiast pomagać opowiadać historię, trochę odwracają od tej historii uwagę. Kolejnym przykładem problemów narracyjnych tego filmu jest fakt iż wydarzenia nam prezentowane są dosyć losowe, co jest częstym problemem tego typu dokumentów. Jest to dosyć łatwe do zrozumienia pod względem realizacyjnym, ale jeśli ocenić efekt końcowy, ciężko nie stwierdzić, że wiele scen niewiele wniosło do filmu, a za to brakowało kilku istotnych elementów całej układanki jak np. pierwszego spotkania z ojcem po latach rozłąki, które mogłoby być emocjonalną bombą na sam początek filmu. I właśnie takich bomb w tym filmie trochę brakuje, nie bardzo potrafi on wzbudzić silnych emocji u widza, a przecież sama historia gdyby była trochę konsekwentniej filmowana i przemontowana wręcz gwarantuje bardzo mocne doświadczenia.

Podczas seansu nie dowiedziałem się niczego nowego o temacie uzależnień, miałem wrażenie, że oglądam tę samą historię po raz kolejny, ale mimo swych wad “My heart belongs to Daddy” wciąż jest filmem wartym obejrzenia, wciąż ma postaci, których losy chce się oglądać, wciąż ma parę emocjonalnych momentów, ale mimo tego czuć tutaj dużo niewykorzystanego potencjału jaki tkwił w tym filmie.  


The Cleaners reż. Moritz Riesewick, Hans Block


Dwójka młodych, niemieckich reżyserów- Moritz Riesewick i Hans Block, postanowili wziąć na warsztat temat, z którym każdy z nas ma styczność, ale niewielu z nas zdaje sobie z tego sprawę. Codziennie przeglądając facebooka, google czy twittera trafiamy na ogrom wszelkiego rodzaju treści, które mogą być publikowane przez dosłownie każdego z dostępem do internetu. Każdemu z nas zdarzyło się trafić na coś nieodpowiedniego, drastycznego bądź obrzydliwego, na coś czego nie chcielibyśmy oglądać. Są to jednak pojedyncze przypadki właśnie dzięki tytułowym Cleanersom.  Garstka pracowników zatrudnionych przez wielkie internetowe korporacje, którzy codziennie od 8. do 18. siedzą przed ekranami komputerów i przeglądają zgłoszone treści. Oglądają nagrania z egzekucji państwa islamskiego, dziecięcą pornografię, okaleczenia, tortury i wiele, wiele innych drastycznych obrazów czy filmów. Jak więc widać, temat filmu to jest niemalże samograj aby zrobić z tego mocne, emocjonujące, dołujące wręcz kino i muszę przyznać, że dwójce reżyserów się to udało… momentami.

O ile w przypadku “My heart belongs to Daddy” narzekałem na niewykorzystany potencjał tutaj mój zarzut jest kompletnie odwrotny. Riesewick i Block aż za bardzo próbowali wykorzystać potencjał swojego konceptu. Ich największym grzechem jest fakt iż nie wytrzymali i ostatecznie nie potrafili się skupić na swoich bohaterach, a skupiali się… właściwie na wszystkim innym. Z Filipin (tam się dzieje większość wydarzeń) skakali w przeróżne miejsca na ziemi żeby nadać filmowi większą, bardziej dramatyczną skalę. Czego tu nie mamy? Osobny epizod krytykujący politykę Filipin? Jest. Osobny epizod o rodzącym się nacjonaliźmie w Stanach Zjednoczonych? Jest. Osobny epizod o tragicznych wydarzeniach w obozach uchodźców w dalekiej Azji? Jest. Złowrogie animacje przedstawiające elektroniczne wizje miast wysyłających materiały do sieci? Są. Złowrogie wstawki z złowrogim panem ciemności Markiem Zuckerbergiem?  Są. I nie mam nic przeciwko krytykowaniu polityki Filipin, krytykowaniu społeczeństwa Stanów Zjednoczonych, obrazowania tragicznych wydarzeń w obozach uchodźców (przeciwko tym dramatycznym animacjom i demonizacji Zuckerberga już trochę mam), ale w którym momencie ten film zaczął być o nich? Zaczynał się niemalże doskonale. Poznawaliśmy Cleanersów, widzieliśmy ich pracę, ich dylematy, ich traumy, ale w pewnym momencie film zaczął sprawiać wrażenie, że o nich zapomniał bo skupił się na licznych wątkach pobocznych, z których żaden nie był na tyle rozbudowany aby wzbudzić większe zaangażowanie.

Zakończenie filmu aż razi w oczy swoją nieautentycznością. Block i Riesewick postanowili domknąć swoje dzieło na bardzo dramatycznych tonach co skutkuje tym, że widz ma wrażenie, że kilka ostatnich scen czy nawet ujęć kluczowych dla odbioru filmu wyrwało się z dokumentalnych reguł i zostało przez reżyserów zaaranżowane.

Mimo wspomnianych wcześniej solidnych wad, ciężko nie pochwalić “The Cleaners” za audiowizualny sznyt. Block i Riesewick bez dwóch zdań są reżyserami, którzy chcą by każdy element ich filmu był możliwie najszerszego kalibru. I o ile treść ich filmu była ofiarą ich rozmachu skutkiem czego w pewnym momencie zaczęła się sypać, tak forma choć rozbuchana robi wrażenie. Nie da się pozostać obojętnym wobec świetnych zdjęć, użycia światła zastanego, konturowym świeceniem czy po prostu pracą kamery.

Podsumowując “The Cleaners” padł ofiarą ambicji swoich twórców. Jeśli się jednak nad tym zastanowić, ciężko się Rieswickowi i Blockowi dziwić. Dostali w ręce niezwykle aktualny, ważny i niebanalny temat, nic więc dziwnego, że starali się wyeksplorować go do granic możliwości. Mimo swoich wad, film jest dosyć mocnym przeżyciem, które pobudza widza do namysłu.


When the war comes reż. Jan Gebert


“When the war comes” to film czeskiego dokumentalisty i historyka- Jana Geberta, który przez trzy lata obserwował młodzieżową słowacką jednostkę paramilitarną- Słowacki Pobór. Bohaterem filmu jest Peter Svreck, nastoletni, charyzmatyczny chłopak, który ukończył liceum i z grupą znajomych postanowił założyć wspomnianą wyżej jednostkę. Początkowo sprawia to dosyć błahe wrażenie, ilość chłopaków jest niewielka, przypomina to niewinną zabawę w wojnę przez trochę za stare już na to dzieci. Z czasem jednak Słowacki Pobór zyskuje na popularności, ma więcej rekrutów, generalnie nabiera rozpędu. Peter w wywiadzie z telewizją nie kryje swoich antymigracyjnych i wręcz nacjonalistycznych poglądów, które dzielą jego “kamraci”. Film Geberta można potraktować, jako swojego rodzaju przestrogę. Przestrogę przed tym co już kiedyś było i przed tym co bardzo możliwe, że jeszcze będzie. I to możliwe, że szybciej niż się spodziewamy. Peter ma wszelkie predyspozycje na udanego dyktatora, którym na mniejszą skalę już jest. Jest charyzmatyczny, ma zdolności przywódcze, organizacyjne i umiejętność zrzeszania sobie ludzi. Skutecznie rozsiewa swoje nacjonalistyczne poglądy na rówieśników. Ma zresztą ambicję na zostanie politykiem. Organizuje marsze, protesty, wspomaga swoją jednostką organizację wszelakich imprez, zyskuje wpływy. Przy tym nie ma prezencji niebezpiecznej jednostki. Jest surowym, ale dobrym kompanem dla swoich protegowanych, potrafi się odnaleźć w niemalże każdej sytuacji, jaka przed nim stoi, jest na swój sposób bardzo sympatyczny. Między innymi dzięki temu Peter tak dobrze obrazuje rodzenie się politycznych kryzysów, które w większości przypadków były skutkami działań charyzmatycznych liderów.

Mój główny problem z filmem Geberta tkwi niestety też w perspektywie z jakiej patrzymy na Petera. Sęk w tym, że jest ona tylko jedna. Poznajemy go jako lidera grupy, silną jednostkę, ale tak naprawdę nigdy nie poznajemy go jako człowieka. Poza jedną krótką sceną nie widzimy go z rodziną, praktycznie nie widzimy go “po cywilu” kiedy nie musi być szefem grupy i po prostu jest sobą, czyli nastoletnim chłopakiem z klasy średniej. Nie wiemy skąd się wzięły jego poglądy a to wydaje się być obowiązkowy element filmu, który w pewien sposób jest obrazem rodzenia się nacjonalizmu. Widzimy wczesne dzieciństwo tego właśnie nacjonalizmu, ale nie widzieliśmy jego narodzin, nie wiemy nawet kto jest “ojcem”.

Tych elementów właśnie mi zabrakło w filmie Geberta, a szkoda bo można by wtedy mówić o naprawdę ważnym i aktualnym filmie. I mimo, że przesłanie jest czytelne i słuszne, wydaje mi się, że mogło być bardziej pełnowymiarowe przez co mocniejsze.

When lambs become lions reż. Jon Kasbe

Reżyser Jon Kasbe spędził w Kenii 4 lata kręcąc “When lambs become lions”, film przedstawiający grupę kłusowników, nielegalnie polujących na słonie w celu zdobycia drogiej kości słoniowej oraz przeciwną grupę straży chroniącej zwierzęta przed kłusownictwem. Historia w filmie jest zatem przedstawiona z dwóch perspektyw i jego największą siłą jest to, że obie historie są przedstawione wielowymiarowo, obie strony mają swoje pobudki i swoje racje, a konflikt istnieje nie tylko na płaszczyźnie dosłownej, ale również etycznej. Dynamiki dodaje tutaj fakt, że główni bohaterowie to należący do przeciwnych sobie grup, kuzyni.

Kłusowników w tym filmie łatwo by było demonizować, przedstawić jako zwykłych kryminalistów, goniących za łatwym pieniądzem i zabijających w tym celu “małe”, biedne słoniki. Jon Kasbe nie poszedł całe szczęście dzięki czemu jego film nie jest jednowymiarowym,  proekologicznym manifestem, a historią ludzi, ludzi którzy w tym co robią też mają swój cel. Kasbe przedstawia nam tutaj kłusowników, jako ludzi, którzy jedyne czego chcą to załatwić swojej rodzinie dobrobyt w świecie, w którym ten dobrobyt wydaje się być nie do zapewnienia. Widzimy bohaterów ze swoimi rodzinami i jesteśmy w stanie zrozumieć przyczynę ich działań i przez to z nimi empatyzować, a może się nawet utożsamić.

Po drugiej stronie medalu są strażnicy. W związku z wymieraniem populacji słoni w afryce są oni zdeterminowani do powstrzymywania kłusowników za wszelką cenę mimo, że ich praca do najlepszych nie należy. Harują w stresie i nieraz przez miesiące są nie otrzymują zapłaty. Tak samo, jak kłusownicy, mają swoje moralne dylematy. Za każdym razem gdy łapią kłusownika, prawdopodobnie jakaś biedna kenijska rodzina traci źródło dochodu, co rodzi ciekawe pytanie- czy można przekładać życie słoni ponad życie ludzi?

Wielką zaletą filmu Kasbe jest jego realizacja. Obok “The Cleaners” jest to najpiękniej nakręcony film w zestawieniu, choć estetyka jest zupełnie inna. Kasbe pięknie przedstawił surowe, dzikie piękno afrykańskich terenów. Podobnie, jak Block i Riesewick niemalże do perfekcji opanował wykorzystanie światła zastanego co w przypadku kręcenia filmów dokumentalnych jest kluczowe. Mimo niewątpliwie ciężkich warunków pracy filmowi nie brakuje też operatorskiego rozmachu, Kasbe nie poszedł na łatwiznę i nie nakręcił całego filmu “z ręki” (choć film i w takiej formie by się obronił), tak jak to jest w przypadku wielu dokumentów, a posilił się na stabilizację, ujęcia z drona czy jazdy kamery.

“When lambs become lions” jest filmem doskonale wyważonym, w mojej opinii jednym z najlepszych w zestawieniu. Ma podłoże dramatyczne, dynamiczny, wielopłaszczyznowy konflikt oraz jest niesamowicie nakręcone. Brawa dla Jona Kasbe.

The Deminer reż. Hogir Hirori

And the students Jury award goes to… “The Deminer”!

Na sam koniec faworyt młodzieżowego Jury, film irackiego reżysera Hogira Hirori. Dokument opowiada niezwykłą historię Fakhira Berwari- człowieka, który podczas wojny w Iraku oraz wojny z państwem islamskim poświęcił całe swoje życie rozbrajaniu min mimo licznych przeciwności losu.

W zdecydowanej większości “The Deminer” składa się z found footage. Fakhirowi prawie zawsze towarzyszył, żołnierz z kamerą, który nagrywał jego działania, dzięki czemu reżyser Hogir Hirori mógł bezpośrednio ukazać pracę i heroizm bohatera. W tym przypadku “bohater” to słowo bardzo adekwatne. Fakhir to postać, która jako bohater hollywoodzkiego filmu fabularnego byłaby prawdopodobnie uznana za zbyt… hollywoodzką by być autentyczną. Rozbrajał on kilka tysięcy min rocznie, mimo licznych obrażeń, utraty życia rodzinnego czy nawet w pewnym momencie utraty nogi. W pewnym momencie widz zadaje sobie pytanie czy Fakhir robi to co robi z faktycznej potrzeby czynienia dobra czy z potrzeby zaspokojenia narkotycznego niemalże uzależnienia, które często dopada saperów. Niezależnie od tego, jak widz sobie odpowie, to i tak tytułowy saper to najniezwyklejsza postać, jaką miałem okazję oglądać w trakcie festiwalu… a być może najniezwyklejsza postać jakiegokolwiek dokumentu jaki widziałem w życiu.

Mimo iż film głównie opiera się na found footage to mamy tutaj też fragmenty nakręcone przez reżysera. Są to głównie sceny z życia rodziny głównego bohatera, jego żony i dwóch synów z czego jeden - Abdulah, jest poniekąd narratorem w filmie. Osobiście jednak czułem niedosyt wątku rodziny, który mógł być wielkim emocjonalnym nośnikiem w filmie, a wydawał mi się być potraktowany po macoszemu na rzecz większego nakładu found footage. To jest też mój problem z tym filmem, ciężko mi jest docenić reżyserską robotę kiedy tej reżyserii praktycznie nie ma. Film w większości to zmontowane ze sobą znalezione taśmy będące na swój sposób złotymi jajami, które wpadły w ręce Hogira Hirori. I równocześnie ciężko mi też tutaj kogokolwiek winić zważając na okoliczności powstawania filmu (których zdradzić nie mogę, bo to spoilery), ale właśnie z tego prostego powodu “The Deminer” nie był moim osobistym faworytem podczas obrad Jury.


Mimo tego nagrodę zdobył, a to chyba świadczy samo za siebie. “The Deminer” to poruszające kino, w którym najsurowsza, możliwa, dokumentalna forma- found footage spotyka się z możliwie najbardziej niezwykłą i hollywoodzką historią i jednym z najniezwyklejszych bohaterów jakich przyszło mi oglądać na ekranie. I chociażby z tego powodu nie mogę odmówić “The Deminerowi” tego, że na zwycięstwo sobie zasłużył.


Jan Seraphim, 2e


środa, 21 listopada 2018

Kościół jest święty, ale tworzą go ludzie grzeszni - recenzja filmu "Kler"

Falę gorących dyskusji wywołał w Polsce najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego pt. “Kler”. 

Film wszedł na polskie ekrany 28 września 2018 roku, do 20 listopada 2018 r. film obejrzało ponad 5 milionów widzów. Nowe dzieło pobiło już kilka rekordów m.in. na najlepsze otwarcie w polskich kinach po 1989 roku, czyli 935 000 widzów w premierowy weekend.
Z relacji widzów, którzy zdecydowali się pójść na premierę, wiadomo, że sale wręcz „pękały w szwach”. Co spowodowało tak ogromny sukces tej produkcji? Kontrowersyjna tematyka filmu na pewno wywołała wiele rozgłosu, a przeciwnicy tylko przyczynili się do spopularyzowania “skandalicznego i obrazoburczego” dzieła. Ale o czym tak naprawdę opowiada „Kler”? Co jest istotą tego filmu?

Scenariusz Smarzowski napisał wraz z Wojciechem Rzehakiem, który był odpowiedzialny również za produkcję. Reżyser nie pierwszy raz podejmuje temat funkcjonowania ważnych instytucji. Zrobił to już przy realizacji „Drogówki”, poruszając temat korupcji w policji. Pierwszy raz natomiast podejmuje tematykę instytucji, o której polskie kino do tej pory milczało.

Dzieło dotyczące instytucji kościoła przedstawia nam czworo głównych bohaterów- księdza Andrzeja Kukułę (Arkadiusz Jakubik), księdza Tadeusza Trybusa (Robert Więckiewicz), księdza Leszka Lisowskiego (Jacek Braciak) oraz arcybiskupa Mordowicza (Janusz Gajos). Pierwszych troje z nich połączyło tragiczne wydarzenie, które ledwo przeżyli (pożar). Od tego czasu, utrzymują sporadyczny kontakt, mimo że pochodzą z zupełnie innych środowisk. Każdy z nich zmaga się z własnymi problemami. Wiejska samotność prowadzi do alkoholizmu, miasto szybko osądza, gdyż to właśnie społeczność wystawia najokrutniejszy wyrok, a elita budzi coraz większą żądzę władzy i sukcesu. 



Pierwszym z bohaterów filmu jest ksiądz Kukuła, który jest proboszczem w niewielkim miasteczkua. To człowiek, który pomimo trudnych doświadczeń z dzieciństwa, zawsze pozostał wierny Bogu. Skrzywdzony przez instytucję, której zaufał, podjął decyzję by zostać duchownym. W trakcie seansu to Kukuła staje się postacią, której reżyser poświęca najwięcej uwagi.



“Wadliwa jednostka” jest ukazana w postaci księdza Lisowskiego, który znajduje się w samej elicie kleru. Mężczyzna również już jako dziecko, doznał strasznego cierpienia. Lecz on z kolei, nie przemienił tego zła, w coś dobrego. Zmienił się w kata. Przez cały film widzimy go jako głównego intryganta. Zależy mu na wpływach i osiągnięciu sukcesu, jakim jest stała posada w Rzymie przy Ojcu Świętym. Każdy jego ruch jest dla widza nieprzewidywalny, zaskakujący. W trakcie, zadajemy sobie pytanie, jak daleko może się jeszcze posunąć? Lisowski na każdy możliwy sposób, za wszelką cenę jest w stanie osiągnąć to, czego chce. O jego ogromnej determinacji świadczy fakt, że zaczynał od zera, będąc wychowankiem domu dziecka, a skończył jako prawa ręka arcybiskupa. 



Ksiądz Trybus, sprawuje władzę kościelną w małej wiosce, nie przyciąga aż tak dużej uwagi w filmie, ale przez to wydaje się najbardziej ludzki. Jego zachowania są typowe dla prostego człowieka, ograniczającego się do okolicy swojej małej wsi. Postać ta zasługuje na uwagę, pomimo braku kontrowersji swoich poprzedników. Cechuje go w głębi duszy dobroć, pomimo znacznego uzależnienia od alkoholu. Dowiadujemy się, że jest odpowiedzialny za swoje czyny, a jego sumienie poprawnie funkcjonuje. 


Ostatni bohater to arcybiskup Mordowicz. Przerysowany, ale ze smakiem. Arcybiskup nie przedstawia nam się z dobrej strony. Wygląda jak starsza, mniej zaradna wersja Lisowskiego. Zna najlepiej instytucję małopolskiego kościoła od środka, bo stoi na jej czele. Można więc rzec, że jaki arcybiskup, tacy księża, ponieważ jest postacią reprezentacyjną dla instytucji na której czele stoi. Powinien budzić zaufanie i być wzorem do naśladowania. Niestety, będąc obojętnym na wszystko co nie dotyczy jego własnych interesów, zawodzi w tych kwestiach. 

„Kler” porusza takie tematy w kościele jak: pedofilia, korupcja, niejasności w wydatkach, łamanie celibatu czy negatywna hierarchia. Hasło reklamowe filmu to „Nic co ludzkie nie jest im obce”. Problem odnosi się do dosłownego rozumienia tego cytatu. Smarzowski stara się nam przekazać, że sutanna nie sprawia iż duchowni są świętymi. Przeciwnie. Są takimi samymi ludźmi jak my i również poddają się pokusom, które naturalnie wpisują się w ich człowieczeństwo. Kościół jednak, pełni w społeczeństwie specjalną funkcję. To ogromna instytucja oparta na zaufaniu. Dlatego tak naganna jest zdrada tego zaufania. Z góry zakłada się przecież, że społeczność, która w całości poświęciła się Bogu, jest nienaganna. „Kler” pokazuje, że jest to stwierdzenie fałszywe. Wielkość i historyczne znaczenie instytucji nie grają roli, ponieważ w jej szeregach zawsze znajdą się wadliwe jednostki. 

Film porusza bardzo ważne kwestie dotyczące wpływu przeszłości (tu dzieciństwa) na nasze życie, otwiera dyskusję, zachęca do wyrażenia swojego zdania. Właściwie jest formą ostrzeżenia przed wieloma czynnikami, ale również zmusza do podejmowania własnych wyborów i liczenia się z konsekwencjami. Dzieło ukazuje jak wielu ludzi boryka się z przeszłością, przepracowaniem i akceptacją traumatycznych wydarzeń, których byli ofiarą. 

Zostają nam przedstawione dwie opcje. Pierwsza, w której staniemy na nogi i druga, kiedy poddamy się złu. W ostateczności ten film mówi o zmaganiach ludzi z własnymi demonami, a nie o zmaganiach ludzi z kościołem.

Karolina Kruźlak, 2e

niedziela, 10 czerwca 2018

BoJack Horseman, czyli animowana depresja - recenzja serialu

„BoJack Horseman”, czyli animowana depresja - recenzja serialu


„BoJack Horseman” to kolejna animowana propozycja dla dorosłych od platformy Netflix. Stworzona została w 2014 roku przez amerykańskiego scenarzystę i komika Raphaela Bob-Waksberga. Mimo dziesiątek pozytywnych opinii krytyków, daleko jej do popularności „House of Cards” czy „Orange is the New Black”. A szkoda, bo moim zdaniem jest to jeden z najlepszych i najinteligentniejszych seriali ostatnich lat. 


Głównym bohaterem produkcji jest tytułowy BoJack Horseman – podstarzały aktor, któremu sławę przyniósł sitcom z lat dziewięćdziesiątych Rozbrykani (Horsin’ Around). Od dwudziestu lat nie udało mu się jednak powtórzyć dawnego sukcesu. Niestety to nie jedyny jego problem, nadużywa on (nie tylko) alkoholu, nie potrafi funkcjonować w społeczeństwie, niszcząc wszystkie relacje w jakie się wdaje, mimo to czuje się rozpaczliwie samotny, a wystawne życie w Los Angeles nie pomaga mu zapomnieć o błędach przeszłości. Zawsze więc, gdy pojawia się okazja ponownego zabłyśnięcia, Horseman nie zamierza przepuścić okazji. Za wszelką cenę. 


Warto również wspomnieć, że BoJack to koń. Cała specyfika świata przedstawionego polega na antropomorfizacji zwierząt, które żyją na równi z ludźmi, chodzą na dwóch nogach i wdają się w międzygatunkowe związki. Krowa jest kelnerką, orka striptizerką, kot policjantem, a żaba pracuje w korporacji. Uosobienie nie jest jednak całkowite, zwierzęta zachowały pewne najbardziej charakterystyczne, często stereotypowe dla gatunku cechy –pies nienawidzi listonosza, kocica bawi się drapakiem, a w domu chomika są liczne tunele. Prowadzi to do niewymuszonych, zabawnych sytuacji, a także wielu genialnych czasami gier słownych. 


Zresztą poczucie humoru wręcz wylewa się z ekranu. Subtelny dowcip chwile potem zostaje podkreślony tym bardzo bezpośrednim, wręcz wulgarnym. Scenarzyści nie oszczędzają nikogo, wyśmiewając się z białych, czarnych, żółtych, osób heteroseksualnych czy gejów. Obdzierają z blichtru, wielkości celebrytów, korporacje, telewizje, media społecznościowe. Humor występuje nawet w –pozornie poważnych– scenach jak np. przy poruszaniu tematu aborcji, molestowania czy śmierci. Służy on jako pewien, nieco absurdalny środek przekazu, sposób, by opowiedzieć o czymś istotnym, przytłaczającym i dotykającym coraz szersze grono osób. Widz tuż po salwie śmiechu uświadamia sobie, że jest to przecież satyra dzisiejszego świata, a on sam często powiela wyśmiewane zachowania.


„BoJacka Horsemana” z całą pewnością nie nazwałabym komedią. Tak naprawdę opowiada on o klinicznej depresji, błędnych decyzjach, ciągłej walce z własnymi wadami, najczęściej niestety nieudanej. Każdy sukces ma słodko-gorzki smak, zawsze jest coś głębiej, przez co nie można zaznać spełnienia. Osobiście, podejrzewam twórców o pewien sadyzm (a siebie najwyraźniej o masochizm), bowiem wszystkie pytania, problemy, które stawiają przed nami i na które, powoli z BoJackiem znajdujemy rozwiązanie, okazują się bez odpowiedzi, kolejną ślepą uliczką. W brutalny sposób ukazują rzeczywistość, często nie pozostawiając nadziei. Utożsamiamy się z bohaterami, by pod koniec czuć taką samą pustkę, przygnębienie, co oni. Sama muszę robić około miesięczne przerwy w oglądaniu tego serialu, inaczej prawdopodobnie skończyłabym jak sam główny bohater. 


Fabuła niesamowicie trzyma w napięciu, przykuwa uwagę widza, jednocześnie jest bardzo konsekwentna. Każdy rozpoczęty wątek ma swój koniec, a to, że czasami trzeba poczekać na niego kilka odcinków tylko podgrzewa atmosferę. Mimo już czterech sezonów „BoJacka” wszystko jest ze sobą spójne i „trzyma się kupy”, co jak wiadomo, nie zawsze stanowi takie proste dla twórców zadanie. Dialogi są dynamiczne, bohaterowi wielowymiarowi, a ich perypetie czasami wręcz abstrakcyjne (gotujący się w oceanie makaron stanowiący powód potencjalnej katastrofy ekologicznej i akcja ratownicza to istny majstersztyk). Wszystko to podane w krótkich, kilkunastominutowych odcinkach, do których bez problemu można wracać, by wyłapywać coraz to kolejne, ukryte smaczki. 


Warstwa techniczna również zapiera dech w piersiach. Obsada dobrana jest fenomenalnie (dubbingują m.in. Aaron Paul, Will Arnett, Alison Brie i Amy Sedaris), często pojawiają się także gwiazdy, grające same siebie –Daniel Radcliffe czy Naomi Watts. Bardzo pozytywnie zaskakuje też wysoki poziom polskiego tłumaczenia, a także polskiej wersji dubbingowej. Niektórzy uważają nawet, że jest ona lepsza od angielskiej. Wiele piosenek zostało napisanych specjalnie pod serial, jak np. utwór końcowy wpadający w ucho („Back in the 90’s I was in a very famous TV shoooow…”). Estetyka kreski, grafiki jest powalająca, bardzo kreatywna –począwszy od odzieży, wystroju wnętrz, architektury. Wszystkie te elementy z pozoru wydają się dość proste, ale gdy przyjrzymy się detalom odkryjemy pełno mrugnięć scenarzystów do widza, nawiązań do popkultury, sztuki czy historii. 


„BoJack Horseman” to serial, który wielokrotnie mnie oczarowywał, by po chwili doszczętnie zniszczyć. Rozbawił do łez, zasmucił również do łez, zawsze jednak pozostawiając zachwyt. To produkcja, która nie podaje widzowi wszystkiego na tacy, która traktuje go jako człowieka inteligentnego, zostawia pole do własnej interpretacji, skłaniający do refleksji nad samym sobą. Mogę tylko polecić tę dopracowaną, dopiętą na ostatni guzik kreskówkę, która moim skromnym zdaniem, jest najciekawszą pozycją w ofercie Netflixa.


Natalia Rudnik 1C

Na potwierdzenie moich słów, zdjęcie Reeda Hastingsa, CEO Netflixa, który uznaje „BoJacka” za swój ulubiony serial, a nawet prezentował finansowe wyniki platformy w swetrze z podobizną głównego bohatera. Rozpoczęłam intensywne poszukiwania podobnego swetra.


poniedziałek, 28 maja 2018

Ciche miejsce - recenzja filmu Johna Krasinskiego


„OBCY POWRACA?!”

„Kiedy John Krasinski przeczytał wstępny szkic scenariusza autorstwa Bryana Woodsa i Scotta Becka, poczuł przerażenie. Jego żona, Emily Blunt, chwilę wcześniej urodziła ich drugą córkę, był więc przyzwyczajony do spędzania nocy i dni w ciszy i uwadze. W tej atmosferze z łatwością mógł przenieść się do opisanej w szkicu rzeczywistości – pogrążonej w ciszy rodziny, w świecie, w którym każdy dźwięk może być zabójczy.” (źródło: www.tylkohity.pl).

W kwietniu tego roku spod skrzydeł Paramount Pictures prosto na ekrany światowych kin zawitał nowy, pozytywnie przyjęty horror. Tak naprawdę pół horror, pół thriller, choć i ta mieszanka nie jest w stanie oddać właściwej specyfikacji filmu, gdyż „A Quiet Place”, czyli „Ciche miejsce” na pewno do typowych horrorów nie należy.

W roku 2020 Ziemię zdominowały przerażające (łudząco przypominające Ksenomorfa) monstra. Istoty bestialsko polują na wszystko, co są w stanie usłyszeć. Wystarczy szmer, by zginąć. Ludzie, którzy przetrwali, musieli zminimalizować wydawane przez siebie dźwięki i przystosować życie do czyhającego na nich zagrożenia. Rodzina Abbott codziennie walczy o przetrwanie na odciętej od świata farmie: poruszają się boso, kroki stawiają tylko na dobrze znanych im ścieżkach, a z innymi ocalałymi kontaktują się poprzez ogniska (niczym mieszkańcy śródziemskich grodów u Jacksona). Jak w rzeczywistości, w której najcichszy szelest może oznaczać śmierć małżeństwo poradzi sobie ze świeżo urodzonym potomkiem?


Priorytetem w ekranizacji była cisza - coś, co w zdecydowanej większości horrorów buduje napięcie przed jump scare’ami, tutaj utrzymuje cały film. Na początku jest dość niepewnie, widz nie wie, czego może się spodziewać (skoro nie dźwięk, co za chwilę przyprawi mnie o zawał?). Później idzie się do tego przyzwyczaić, nawet na tyle, by wystraszyć się szumu wody po zmianie scen (reakcja potwierdzona u innych oglądających). W całej produkcji znajdziemy tylko jeden utwór. Muszę przyznać, że trafnie wybrano zarówno piosenkę, jak i scenę, w której się znalazła. Idealny przykład na to, że wcale nie potrzebujemy gigantycznej playlisty do zrobienia dobrego klimatu.


Mówi się, że „gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”, dlatego John Krasinski maksymalnie rozszerzył swoje obowiązki na reżyserię, scenariopisarstwo i aktorstwo. Przy scenariuszu pomógł Bryanowi Woodsowi i Scottowi Beckowi, stając się przy tym równoprawnym scenarzystą. Aktorów nie musiał daleko szukać, oprócz Millicent Simmonds (Regan Abbott), Noaha Jupe'a (Marcus Abbott) i Cade’a Woodwarda (Beau Abbott) u boku Krasinskiego (Lee Abbott) na planie pojawiła się jego żona - Emily Blunt (Evelyn Abbott). Pokochałam w tym scenariuszu to, że tak naprawdę dotyka moich największych lęków, sytuacji, w której nie mogłabym chronić moich dzieci – mówi Blunt – Stawka jest tu ustawiona niebotycznie wysoko. Jak na ironię, zanim przeczytałam scenariusz, zasugerowałam Johnowi, że moja koleżanka byłaby doskonała w roli Evelyn Abbott. Ale kiedy skończyłam czytać, powiedziałam: „Zapomnij o tym, John, to rola dla mnie.” (źródło: www.tylkohity.pl).

Być może John jest doświadczonym aktorem, jednak kariera reżysera filmowego dopiero u niego kiełkuje. I mimo że nie miał do czynienia z wieloma produkcjami jako reżyser, uważam że nie ma się czego wstydzić. W „Cichym miejscu” przedstawił swoją wizję koszmarnego świata za pomocą ujęć, które nie tylko ułatwiają widzowi odbiór, ale też przykuwają uwagę na tyle, że nie chce się odwrócić oczu. Gra aktorska również jest na dobrym poziomie: Krasinski, którego wizerunek zaskakuje i wprowadza pewnego rodzaju przełom w jego karierze czy Blunt w roli dojrzałej i opiekuńczej mamy - nastawieniem zbliża nas do rodziny i jak zwykle zachwyca. Nad poszczególnymi scenami można debatować czy są odpowiednie, czy też nie. Wymiana spojrzeń Lee Abbotta ze zdesperowanym staruszkiem stojącym obok rozszarpanego ciała i ucieczka z dzieckiem na rękach, gdy ten zaczyna krzyczeć na pewno robią wrażenie. Ale czy scena z gwoździem nie zalatuje przeciętnym horrorem, scena z ojcem wyznającym miłość - tandetą, a ostatnia scena ze strzelbą nie wydaje się być zbyt gangsterska? Do tego dochodzi jeszcze mało oryginalny wygląd potworów, tak jakby projekt H. R. Gigera miał być już zawsze powielany.

W moim odczuciu jest to produkcja godna polecenia. Nie nazwę tego horrorem, bo „Ciche miejsce” dużo na tym traci. Większość nieprzyjemnych momentów można przewidzieć, a film jest przede wszystkim wciągający, nie straszny. Na www.tylkohity.pl czytamy wypowiedź Johna: Jeśli sytuacja, w jakiej znaleźli się Abbottowie, sprawi, że trzymasz ich stronę – mówi Krasinski – będziesz zaskakiwany w tych samych momentach, w których oni są zaskoczeni, będziesz smutny, kiedy oni są smutni, będziesz bezbrzeżnie przerażony, kiedy i oni będą się tak bali. Właśnie na tym zależało mi najbardziej – sprawić, że publiczność pokocha Abbottów, którzy są naprawdę wspaniałą rodziną. Tak, by widzowie bali się o nich, kiedy zdarzają się te wszystkie straszne sytuacje. I to się Krasinskiemu udało. Stworzył rodzinę, której widz bezgranicznie kibicuje. Nawet głupie wejście po schodach jest sprawą życia i śmierci, która trzyma oglądającego na skraju wytrzymałości (zaskrzypi czy nie zaskrzypi?!). Zabrakło jedynie ujęć na większą ilość ocalałych. Film skupia się na jednej rodzinie, jednak można by rozszerzyć fabułę o pokazanie życia w innych schronach bez straty sympatii do głównych bohaterów. Widocznie cała nadzieja (w już zapowiedzianej) drugiej części. Bądźmy dobrej myśli, że podczas jej premierowych seansów nikt nie wpadnie na pomysł głośnego chrupania popcornu czy chichotania, które popsułyby oglądanie. W innym wypadku nawet słusznie jeśli zostaliby natychmiast… pożarci.


Kinga Szarlej, 2c

niedziela, 8 kwietnia 2018

Dzień Filmowy: Gwiezdne Wojny

6 marca 2018 r., w Auli VILO odbył się kolejny Dzień Filmowy. W tym roku tematem przewodnim były Gwiezdne Wojny.
Harmonogram wyglądał następująco:
WYKŁAD EKSPERCKI - "Wszechświat Gwiezdnych Wojen - nie tylko filmy" - wykład ekspercki Magdaleny Kozłowskiej - zastępcy redaktora naczelnego serwisu Star Wars Extreme, specjalistki w dziedzinie fantastyki
COSPLAY - konkurs na najlepsze przebranie za postać z uniwersum Gwiezdnych Wojen

PREZENTACJE UCZNIOWSKIE - konkurs na najlepszy wykład na dowolny temat związany z Gwiezdnymi Wojnami
POKAZ FILMU  - "Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie", w reż. Garetha Edwardsa 
WRĘCZENIE NAGRÓD - za najlepsze przebranie i najlepszą prezentację uczniowską









 

czwartek, 8 marca 2018

Czas mroku - spektakl jednego aktora

"Czas mroku" przedstawia nam urywek z życia angielskiego premiera Winstona Churchilla, od momentu nadania mu stanowiska, do operacji Dynamo i słynnej przemowy "We Shall never surrender". Jest rok 1940 i Wielka Brytania stoi przed niezwykle trudną decyzją: czy kontynuować politykę “oswajania” Hitlera licząc na jego łaskę czy mimo siły przeciwnika postawić mu się. Żaden z tych wyborów nie jest idealny i każdy niesie ze sobą niebezpieczeństwo. Wybrać jednak trzeba.

W roli głównej - Gary Oldman, aktor o aparycji zupełnie niepredystynującej do zagrania Winstona Churchilla. Jednak najwidoczniej znalazł się na świecie człowiek, który stwierdził, że tak nadaje się do tej roli, że każdego dnia zdjęciowego będzie poddawany skomplikowanym i czasochłonnym zabiegom charakteryzacji. Charakteryzacji, trzeba przyznać- wybitnej. Bo Gary Oldman nie dość, że wygląda w tym filmie, jak Churchill to jeszcze przypomina człowieka. Mimo faktu, że spora część jego filmowej twarzy ludzka wcale nie jest. To jednak tylko jedna strona medalu, bo cały zabieg straciłby na znaczeniu, gdyby spotkał nie dorównującą mu grą aktorską. To się na szczęście nie stało. Gary Oldman czyli jeden z najlepszych współczesnych, brytyjskich aktorów, wcielił się w Churchilla z wielką klasą i wypadł niezwykle przekonująco. Partneruje mu na ekranie całkiem niezły drugi plan, ale tak naprawdę jest to przedstawienie jednego aktora. Gary Oldman zgarnął już za tę rolę Złotego Globa i  pierwszego w karierze Oscara. 


Postać głównego bohatera, z jednej strony potrafi oczarować charakterem, poczuciem humoru (którego jest zaskakująco dużo) jej upartością czyli tą bardziej... ludzką stroną. Churchill wzbudza sympatię i sprawia, że w trakcie filmu zaczynamy mu kibicować.

Jak natomiast film działa w oderwaniu od odtwórcy głównej roli?

Po pierwsze - narracja. W filmie ciężko jest znaleźć wyraźny podział na trzy akty, co ma oczywiście związek z bardzo spokojną fabułą opartą na kolejnych scenach rozmów, przerywanymi innymi scenami rozmów. Problem polega jednak na tym, że w scenach samych w sobie przeważnie nie czujemy napięcia czy emocji. W konsekwencji film jest dosyć... nudny. Brak mocno wyznaczonego głównego motywu fabularnego sprawia, że widz przez jakiś czas nie do końca wie czym film chce być. Filmem biograficznym w pełnym tego słowa znaczeniu? Laurką dla Churchilla? Polityczną intrygą? Antywojennym manifestem? Czy może filmem motywacyjnym o odwadze w dążeniu do celu? Ten brak konsekwencji wydaje się być winą scenariusza, któremu niczym zagubionemu turyście, zabrakło określonej trasy zwiedzania, więc zajrzał tu i tam, ale właściwie żadnego bardzo ciekawego miejsca nie zobaczył.

Ostatecznie brak wyraźnego poprowadzenia dwóch pierwszych aktów prowadzi w konsekwencji do dosyć nierównego epilogu. Z jednej strony jest w nim dużo Churchillowego humoru i ostateczna przemowa jest zagrana pięknie, z drugiej film wszedł w tym momencie na niestrawny poziom patosu. 


Po drugie - wizualna strona produkcji. Od strony realizacyjnej film zgrabnie bawi się kompozycją światła, warto docenić też pracę kamery i scenografię. Dobrze wybrzmiewa kontrastowanie słonecznych promieni przecinających kadry i padających na twarze bohaterów z ciemnymi dusznymi pomieszczeniami. Jeśli chodzi o scenografię to wszystko wygląda wiarygodnie, zgodnie z realiami epoki. Zarówno kostiumy, jak i pomieszczenia sprawiają wrażenie autentycznych, a brudne, londyńskie ulice, są odpowiednio przytłaczające.

Film kilkukrotnie zaczynał zabawę w montaż równoległy, ale zawsze szybko z tego rezygnował, jakby nie bardzo wiedział, jak to rozwinąć. Reżysersko wiele nie oferuje, nie czuć zbyt wiele napięcia czy emocji płynących z filmu, poprzez bardzo standardowe i przewidywalne zabiegi. Właśnie ta przewidywalność filmu i wręcz skrojenie pod Oscary najbardziej kłują w serce. Pod koniec jesteśmy atakowani scenami albo odrealnionymi, jak słynna już scena w metrze gdzie Churchill dosłownie pyta naród o jego zdanie na temat polityki państwa, albo przepełnione niepotrzebnym patosem, jak ostateczna przemowa premiera.