sobota, 6 stycznia 2018

Najlepszy - recenzja filmu Łukasza Palkowskiego

Z polskim kinem rozrywkowym nie jest dobrze. Z jednej strony mamy armię polskich komedii romantycznych z Karolakiem w obsadzie, a z drugiej polskiego kingpina kina dla mas czyli Patryka Vegę, który regularnie wrzuca do kin swoją niskich lotów, ale dobrze zarabiającą twórczość. Sześć lat temu, Łukasz Palkowski, sięgnął dna kinematografii tworząc "Wojnę żeńsko-męską". Teraz, jego nowy film - “Najlepszy”- jawi się, niczym pojedyncza gwiazda na zimowym, krakowskim niebie, przebijając się swoim blaskiem przez grube warstwy smogu.

Biografia Jurka Górskiego to bardzo "hollywoodzka" historia. Ćpun, który traci prawie wszystko co ma, ale odkuwa się, osiąga wielki sukces i rozpoczyna nowe lepsze życie. Nie jest to szczególnie odkrywcza i niespodziewana fabuła - wręcz przeciwnie - każdy element jest na swoim, oczekiwanym przez widza miejscu. Dlaczego zatem mimo szablonowości ten film działa? Otóż reżyserowi udało się, w dosyć długim pierwszym akcie, solidnie zbudować postać głównego bohatera. Poprzez długie wprowadzenie, szczegółowo ukazujące dramat i porażki Jurka, pod koniec bardziej odczuwamy słodycz jego sukcesu.

Narracja. Mamy tutaj klasyczny trójpodział aktów z tym, że początek i rozwinięcie są tutaj wyraźnie dłuższe od stosunkowo krótkiego zakończenia. Nie chodzi o to bynajmniej, aby śledzić fabułę z zegarkiem w ręku, ale mimo wszystko odczucie jest jednoznaczne. Na szczęście zakończenie mimo, że szybkie, jest trafne. Do czego można by się przyczepić to sceny psychodeliczne, których z czasem jest coraz więcej. Pojawia się tutaj klasyczna druga “zła” osobowość bohatera w lustrze, czy wizje, które nawiedzają bohatera. Z czasem demony prześladujące Jurka osiągają poziom subtelności równy lodówce z "Requiem dla snu". Po prostu czasami lepiej pokazać mniej niż więcej, zwłaszcza jak się to zaczyna robić w dosyć niezręczny i trochę żenujący sposób. Nie zmienia to jednak faktu, że zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące i wypełnione emocjami.



Jest w kinie rozrywkowym niepisana zasada, że absolutną podstawą jest zbudowanie postaci lub grupy postaci, razem z którymi będziemy mogli przeżyć dany film. Pełnokrwiści bohaterowie to przecież główny bodziec uruchamiający nasze emocje (dlatego, między innymi, DC nie potrafi dorównać Marvelowi, który nawet jeśli nie oferuje nic ciekawego to i tak przykuwa uwagę postaciami, które świat zdążył polubić, przykładem są choćby - sequele Iron Mana).

Łukasz Palkowski przywiązał wagę do tej zasady i poświęcił masę czasu na "character building". Oprócz Jurka Górskiego mamy tu też dosyć szeroko rozpisany drugi plan, na który składają się wyraziste charaktery. Bardzo pomaga wyśmienicie dobrana obsada. Na pierwszym planie bryluje Jakub Gierszał, który absolutnie rehabilituje się za całą armię kiepskich filmów, w jakich zwykł występować. Bezapelacyjnie jest jego dotychczasowa najlepsza rola. Obok niego na ekranie mamy okazję zobaczyć świetnego Arkadiusza Jakubika, naprawdę dobrego Tomasza Kota i pojawiającego się, właściwie na potrzeby jednej sceny, Janusza Gajosa, który mimo, że jest na ekranie jakieś pięć minut... to jest to pięć minut świetnego aktorstwa.

Od strony realizacyjnej film stoi na wysokim poziomie. Zdjęcia utrzymują estetycznie zadowalającą formę. Mamy też okazję zaobserwować, co się rzadko zdarza w polskich filmach - efekty specjalne, które ponownie, stoją na optymalnym poziomie. To, na co warto zwrócić uwagę, to ścieżka dźwiękowa. Playlista składa się z kilku naprawdę świetnych utworów z "Born to be wild" grupy Steppenwolf na czele.




W ten sposób "Najlepszy" udowadnia, że w Polsce da się zrobić dobre kino rozrywkowe w hollywoodzkim stylu. Brawa dla Łukasza Palkowskiego, który po "Bogach" i "Najlepszym" udowadnia, że jest naprawdę obiecującym i zdolnym twórcą, na którego filmy naprawdę warto czekać, bo są gwarancją jakości.

Na sam koniec warto dodać że świat byłby piękniejszym miejscem, gdyby najbardziej kasowym filmem w Polsce w tym roku był "Najlepszy", a nie "Botoks" czy "Listy do M 3". Ale na takie czasy przyjdzie nam jeszcze niestety poczekać...

Jan Seraphim, 1E

niedziela, 31 grudnia 2017

Liga Sprawiedliwości – początek niesamowitej serii czy niewypał?

13 listopada 2017 roku, swoją premierę miała najnowsza produkcja wytwórni Warner Bros o superbohaterach. W ramach serii filmów DC Extended Universe powstała ,,Liga Sprawiedliwości’’. Scenariusz Ligi Sprawiedliwości stworzyli Chris Terrio i Joss Wheedon, za reżyserię początkowo odpowiadał Zack Snyder, który z powodu tragedii rodzinnej wycofał się z produkcji. Film dokończył Whedon i chociaż wiele osób twierdzi, że widoczne są ogromne różnie w stylach twórców, to ta zmiana raczej nie zaburzyła odbioru dzieła.

Po premierze udanej Wonder Woman wielu widzów z niecierpliwością oczekiwało na kolejny film na podstawie komiksów DC. Wypuszczony siedem miesięcy temu oficjalny zwiastun produkcji zapowiadał się może nie genialnie, ale całkiem dobrze. Do grona znanych wszystkim mniej lub bardziej superbohaterów, takich jak Batman, Wonder Woman czy (w teorii martwy) Superman dołączył Aquaman, pojawili się też pokazywani wcześniej Flash i Cyborg.

Już pierwsze sceny filmu zadziwią widza, który nie jest zaznajomiony z uniwersum DC. Twórcy filmu starają się przedstawić bohaterów, ale wyraźnie brakuje na to czasu – zapoznanie z herosami jest niedokładne i niekoniecznie logiczne. Nie do końca rozumiemy, kim jest Lois Lane i jej teściowa, dlaczego Cyborg jest cyborgiem, z jakiego powodu Batmanem targają sprzeczne emocje dotyczące śmierci Supermana. Pojęcie motherboxów bierze się z kosmosu jak one same. Osoba niezaznajomiona z historią Wonder Woman nie wie, dlaczego wspominany jest Steve Trevor, kim z kolei dla Diany jest Hippolita.

Pierwsza scena Diany Prince pokazuje niesamowity moment walki, ale nie wnosi nic do dalszego rozwoju filmu – nie dowiadujemy się, kto nasłał jej przeciwnika i jaki ma to wpływ na świat. Do Atlantydy widz udaje się za Aquamanem raz, i musi zrozumieć, kim w gruncie rzeczy jest heros – wniosek ma wyciągnąć z niejasnej wypowiedzi podwodnej piękności. W filmie zdecydowanie narzekać można na brak wytłumaczenia wykorzystania wątków i miejsc, jakby producenci z góry założyli, że wszyscy odbiorcy produkcji są zaznajomieni z ich poprzednią twórczością. W filmie próbowano zahaczyć o wiele wątków, które niepoprawnie eksplorowane, wywołują u widza uczucie dezorientacji.


Z kolei sceny akcji, typowe dla filmów o superbohaterach, są przegadane i rozwleczone. Podczas szybkiej wymiany ciosów ze złym bohaterem herosi zatrzymują się, wymieniają zdanie na temat walki i swoich szans. A złoczyńca grzecznie czeka, nie wcinając się w rozmowę. Woda z przebitego kanału daje bohaterom bardzo dużo czasu, zanim zdecyduje się, że może w sumie popłynąć w stronę ich pojazdu (zachowując się niezgodnie z prawami fizyki). Wszystko czeka, żeby móc zostać pokonanym przez Ligę.

Nawet muzyka,  która w takiej wysokobudżetowej produkcji odgrywa ogromną rolę, tym razem nie zachwyca. Utwory Danny’ego Elfmana nie ujmują  za serce i średnio budują nastrój, nie podkreślają dynamiki scen. Nic charakterystycznego i godnego zapamiętania. Duży plus należy się twórcom za wykorzystanie słynnych motywów z wcześniejszych produkcji o bohaterach uniwersum DC.

Sam antagonista jest raczej nierealistyczny. Okrutny Steppenwolf z Ery Herosów wraca na ziemię, aby raz na zawsze zamienić ją w pustą otchłań rozpaczy. W gruncie rzeczy nie jest zabójczy dla herosów, nie wyrządza ogromnych szkód na świecie, szuka ukrytych przed nim na świecie skrzynek pełnych mocy. Nie do końca wiemy, jaka jest jego geneza i dlaczego wrócił, jednak wszyscy bardzo się go obawiają i podkreślają wciąż, jak mało mają czasu na rozprawienie się z nim. A potem gadają, gadają, gadają...


Plusem filmu jest to, że nie jest on tak mroczny i poważny jak niektóre z wcześniejszych produkcji DC. Humor nie jest może wysokich lotów i udana gra słowna zdarza się rzadko, ale jest w stanie rozweselić. Najlepszym punktem produkcji jest zdecydowanie młody Flash, grany przez Ezrę Millera. Ten bohater stawia w ,,przemyśle ratowania świata’’ pierwsze kroki i obserwujemy jego nieporadne pojedynki z uśmiechem na twarzy. Zdecydowanie da się go lubić. Gal Gadot jak zwykle zachwyca urodą i gracją w roli sprawiedliwej Wonder Woman. Ben Affleck jako Batman budzi w widzu respekt do człowieka-nietoperza. Jason Momoa debiutuje w roli Aquamana i zdecydowanie zasługuje na rozwinięcie swojego wątku. Ray Fisher, grający Cyborga, jest w stanie przekonać do tej zimnej postaci widownię, a Henry Cavill w roli Supermana jest jak zwykle zabójczo przystojny (może oprócz kilku scen, gdzie coś ewidentnie poszło nie tak z komputerową obróbką jego twarzy). Internet podpowiada, że jest to kwestia usuwania dzięki CGI wąsów aktora, zapuszczonych do innej produkcji i noszonych podczas dokręcania kilku scen. Oprócz tej drobnej wpadki można powiedzieć, że to właśnie aktorzy sprawiają, że ,,Liga Sprawiedliwości’’ jest atrakcyjna dla odbiorcy.

Największą tajemnicą filmu pozostaje natomiast wątek rosyjskiej rodziny, rozwijany przez prawie pół filmu, a potem zakończony w kilka sekund. Jaką rolę odgrywa poszkodowana rodzina? Czy ich historia ma dawać nadzieję, pokazywać, co stanie się na świecie bez superbohaterów? A może jest po prostu nieprzemyślana i niekoniecznie potrzebna? Może ten wątek miał wyglądać inaczej, ale został usunięty w postprodukcji? Jak często się zdarza w amerykańskich filmach, sztampowo, cała bieda i zło mieszkają w Rosji.

Warto zdecydowanie po spędzeniu dwóch godzin w kinie wytrzymać jeszcze kilka minut, gdyż po napisach pojawiają się jeszcze dwie sceny. I szczerze powiedziawszy, są chyba najlepszymi scenami z całego filmu.

Na rok 2019 zapowiedziana została premiera drugiej części ,,Ligi Sprawiedliwości’’, ale czy w ogóle warto ją kontynuować? Jest to seria z dużym potencjałem, który niekoniecznie został wykorzystany. Film ten zdecydowanie warty jest zobaczenia jeśli oczekujemy dobrej rozrywki. Co prawda nie wniesie do życia odbiorcy niczego niebywałego, nie zaskoczy nowymi rozwiązaniami technicznymi ani bohaterami, ale nie jest zły. Miejmy nadzieję, że kontynuacja filmu o dobrych bohaterach będzie po prostu bardziej dopracowana.

Agata Myszka, II c













niedziela, 26 listopada 2017

To - recenzja filmu Andy'ego Muschietti

To”

           Gdyby uważnie przejrzeć listy najczęściej spotykanych u ludzi fobii można by zauważyć, że dość wysokie miejsce na większości z nich zajmuje coulrofobia, czyli paniczny lęk przed klaunami. Dlaczego jednak postaci, które powinny nam się kojarzyć ze śmiechem i dobrą zabawą, mogą wywoływać u niektórych tak silne negatywne emocje? Według naukowców główną przyczyną jest zjawisko „doliny niesamowitości”. Jest to hipoteza, według której postacie wyglądające podobnie (lecz nie identycznie) jak człowiek mogą budzić nieprzyjemne odczucia, a nawet odrazę i lęk. Klauny idealnie wpasowują się w tę kategorię. Oczywiście swoją rolę w spotęgowaniu naszego lęku przed nimi odegrała również popkultura, która szybko przesiąkła coulrofobią oferując nam cały wachlarz psychopatycznych klaunów morderców od Twisty'ego z czwartego sezonu „American Horror Story”, przez upiorną lalkę z „Poltergeista” aż po samego Jokera. Jednak pod względem popularyzacji tego motywu żadna z wymienionych postaci nie może się równać z Pennywisem – Tańczącym Klaunem z powieści Stephena Kinga z 1986 r. zatytułowanej „To”. 
          Gdy ogłoszono, że w 2017 roku będzie miała miejsce premiera pierwszej części adaptacji filmowej tej książki, fani horroru na całym świecie zaczęli się martwić o to, czy aby próba przeniesienia jej na duży ekran nie skończy się porażką. Nawet sam autor wie, że na podstawie jego książek powstało zarówno kilka arcydzieł (chociażby „Misery” i „Carrie”, o „Lśnieniu” nie wspominając), jak i kilka kompletnych klap, których pamięci nie warto wskrzeszać. Co prawda nie była to pierwsza próba przełożenia „To” na język filmu, ponieważ jeszcze w 1990 roku powstała miniseria na podstawie powieści, lecz ilość horroru została w niej znacząco okrojona, by dostosować ją do gustów przeciętnego odbiorcy. Jak zatem w porównaniu do książki i serialu wypada ich filmowy odpowiednik wyreżyserowany przez Andy'ego Muschietti?
           Pierwszym co należy powiedzieć o „To” jest fakt, że jest to jeden z niewielu współczesnych horrorów, podczas oglądania których faktycznie można poczuć lęk. Film ten nie opiera się wyłącznie na tanich jump scare'ach (aczkolwiek kilka dobrze przeprowadzonych można w nim znaleźć), ale oferuje również dobrą fabułę bazującą na powolnym budowaniu napięcia i wymieszaniu elementów fantastycznych z bardziej realistycznymi zdarzeniami. To budzi w widzu grozę nie mniejszą niż sam Pennywise. Fani gatunku zapewne ucieszą się też, że adaptacja nie stroni od drastyczności (wystarczy choćby przywołać brutalną scenę otwierającą). Jednak przemoc nie osiąga tu apogeum gore jak w klasykach gatunku - „Pile” czy „Ludzkiej Stonodze” i zamiast dominować nad fabułą zgrabnie jej towarzyszy. Jedyne co czasami rujnuje wrażenia wywołane pojawieniem się klauna (bądź każdej innej z jego form) może być średniej jakości CGI, aczkolwiek nie wpływa to zbyt negatywnie na odbiór filmu.


           Tym, co może zaskoczyć widza jest również fakt, że cała siódemka głównych bohaterów jest naprawdę dobrze zagranymi i napisanymi postaciami dziecięcymi. Myślę, że każdy, kto choć trochę interesuje się kinem bądź telewizją miał do czynienia z kilkuletnimi bohaterami tak irytującymi, że po kilku minutach liczył, że scenarzyści pozbędą się ich jak najszybciej to tylko możliwe (a jeśli jesteś socjopatą – w jak najbardziej brutalny sposób). W przypadku „To” jest inaczej. Już po pierwszych minutach filmu szybko obdarzasz sympatią każdego z nich, od bohaterskiego Billa, przez zadziorną Beverly po strachliwego, lecz sympatycznego Eddy'ego, i aż do ostatniej sceny trzymasz za nich kciuki. Trzeba też wspomnieć tu o samym Pennywise, świetnie odegranym przez Billa Skarsgårda. Aktorowi udało się uchwycić wszystko to, czym tak bardzo przerażał klaun w powieści. Niestety nie ma zbyt dużego pola do popisu, ponieważ sam Pennywise zostaje poniekąd zdegradowany do roli powracającego jump scare'u. W filmie, o dziwo, sam klaun nie jest tym, co przeraża najbardziej. W kilku scenach, w których ma okazję pokazać swój kunszt aktorski robi to znakomicie.





          Tym, co jest w filmie rozczarowujące  jest sposób prowadzenia wątku Henry'ego Bowersa, drugoplanowego antagonisty powieści, który swoim sadystycznym umysłem w niektórych scenach dorównywał nawet samemu tytułowemu bohaterowi. W powieści historia tego, jak powoli jego umysłem zaczyna władać szaleństwo jest zdecydowanie bardziej rozbudowana i trwa o wiele dłużej niż w filmie, w którym zapewne ze względów czasowych został on nie tyle okrojony co przyspieszony.  A to, niestety, wiązało się również z umniejszeniem jego znaczenia. Poza tym film ma kilka scen, które zaskakują brakiem kreatywności (ach, ten pocałunek prawdziwej miłości...) lub zbijają widza z tropu swoją dziwacznością (chociażby scena z tańczącym Pennywisem, która okazała się istną kopalnią internetowych memów). 
          Pomimo wielu obaw dotyczących premiery filmu, można stwierdzić, że „To” jest nie tylko filmem godnym polecenia, ale też jedną z najlepszych ekranizacji powieści Kinga, a może i jednym z najlepszych horrorów ostatnich paru lat. Pisarz może być dumny, że nawet trzydzieści lat po premierze świat stworzony przez niego wywołuje u ludzi większe emocje niż tani gore i udawany found footage. Nie jest to może arcydzieło gatunku na miarę „Babadooka” czy „The Witch”, ale na pewno jest jednym z najlepszych filmów, które mainstreamowe kino miało do zaoferowania od dawna. Zatem jeśli szukasz filmu, na który warto przejść się ze znajomymi w piątkowy wieczór, by dobrze się bawić i nie przeszkadza ci zdrowa dawka strachu „To” jest filmem dla ciebie. Teraz pozostaje tylko czekać na drugą część i liczyć, że utrzyma poziom poprzednika.

Kacper Dziadkowiec, IIC

czwartek, 26 października 2017

"The Square" - recenzja filmu Rubena Östlunda

"Ten kwadrat jest azylem zaufania i troski. W jego obrębie wszyscy mamy równe prawa i obowiązki."

"The Square" to szwedzki film w reżyserii Rubena Östlunda (znanego między innymi z filmu
"Turysta" z 2011 r.). Opowiada on o dyrektorze muzeum sztuki nowoczesnej, Christianie, stającym przed wyzwaniem otwarcia i zareklamowania najnowszej instalacji artystycznej o nazwie "The Square". Następne wydarzenia, które stają się jego udziałem, otwierają oczy odbiorcy, na problemy współczesnego świata, widziane przez pryzmat świata (i człowieka) sztuki.

Otwierająca scena jest trochę, jak zapowiedź całego filmu. Wywiad, prowadzony przez amerykańską dziennikarkę, składa się na dobrą sprawę z dwóch pytań. Pierwsze z nich jest zbyt niepoważne, a następne zbyt wnikliwe jak na kilkuminutową pogawędkę. Już tutaj, na wstępie, otrzymujemy sporą dawkę zakłopotania, które będzie nam towarzyszyło przez cały film.

Christian - główny bohater, to rozwiedziony dyrektor muzeum sztuki współczesnej w Sztokholmie. O jego przeszłości nie wiemy właściwie nic, poza tym, że zostawił żonę, z którą miał dwójkę dzieci. Na początku filmu Christian, zostaje okradziony z telefonu i portfela, które na szczęście udaje mu się namierzyć, ale zamiast stanąć ze złodziejem twarzą w twarz, boi się. Postanawia do każdego mieszkania w bloku wrzucić liścik zaadresowany do złodzieja unikając w ten sposób bezpośredniej konfrontacji. I to właśnie ten krok niesie za sobą lawinę wydarzeń, które wpłyną na życie głównego bohatera. Christiana nie obchodzą możliwe konsekwencje swojego działania. Nie interesuje go fakt, że oskarżona o kradzież może zostać niewinna osoba. Wątek filmu wynikający bezpośrednio z tego zdarzenia to satyra na europejską klasę wyższą, jej samouwielbienie i arogancję.

Tytułowa instalacja to zamontowany na dziedzińcu muzeum kwadrat (4x4 metry) o podświetlonych bokach, który w zamyśle ma być ostoją tolerancji i równości. W nim nie można odmówić pomocy nikomu niezależnie od problemu z jakim przychodzi. I choć brzmi to ambitnie, jest to tylko utopijna wizja. Cała wspomniana instalacja to metafora państwa, społeczności, systemu, nastawionego przyjaźnie, opiekuńczo, ale w którym zabrakło ludzkiego elementu.


Przez prawie cały czas kwadrat pozostaje pusty. Bo przecież w każdym systemie podstawą musi pozostać człowiek, bez którego nic nie może działać. To tak jakby zbudować komputer, ale zapomnieć o użytkowniku.

Oprócz kwadratu przewija się tutaj też wiele innych motywów, jak np. żebracy, wołający o pomoc, ale nie otrzymujący jej (podchodzi pod przemyślenia na temat klasy wyższej), dzieci głównego bohatera, które nie dostają tyle miłości od swojego ojca ile powinny (zamknięcie się na rodzinę i bliskich, samolubność bohatera) czy dwójka speców od marketingu, która za wszelką cenę stara się w hitowy sposób zareklamować wystawę "The Square", nie dbając o wydźwięk tylko o echo. 

Najbardziej wymownym momentem filmu jest scena performancu. Uczta zostaje przerwana, światła gasną, a z głośnika płynie głos "Witaj w dżungli. niebawem spotkasz się z dzikim zwierzęciem. Jak wiadomo instynkt łowiecki uruchamia się na widok słabości. Jeśli pokażesz emocje, zwierzę to wyczuje". Do sali bankietowej wchodzi półnagi człowiek z przyczepionymi protezami do rąk i wydaje z siebie dźwięki dzikiego zwierza. Początkową reakcją śmietanki towarzyskiej złożonej ze sponsorów, kolekcjonerów i koneserów sztuki, jest śmiech. Człowiek- małpa rozbawia widownię. Z czasem jednak śmiechy milkną. Zwierzyna harcuje pomiędzy stołami i coraz bardziej nachalnie zaczyna "atakować" publiczność.  Ludzie siedzą w bezruchu, milcząc, nie chcąc okazać jakichkolwiek emocji, aby nie stać się ofiarą. I dopiero kiedy “zwierzyna” agresywnie atakuje młodą kobietę, publiczność zaczyna reagować.


Narracja filmu jest powolna, zbudowana z kilku (momentami dłużących się) wątków, które się wzajemnie przeplatają, a każdy z nich niesie swoje przesłanie. Co ciekawe, nie wszystkie zostają domknięte w epilogu, część zostaje zarzucona w międzyczasie. Fredrik Wenzel- operator kamery, za pomocą momentami niedbałych, a momentami bardzo zjawiskowych kadrów stworzył operatorski majstersztyk. Naprawdę z klasą potrafił w ciekawy sposób oddać różnorodne sytuacje z życia nie popadając przy tym w banał. Najlepszym przykładem jest scena pod koniec filmu, kiedy Christian z dziećmi.... wchodzi po schodach. Z pozoru zwykła czynność, a stała się prawdopodobnie najdoskonalszym operatorsko momentem w filmie.

"The Square" to dzieło, które niesie ze sobą mnóstwo mądrości i przemyśleń, co chwilę przystając tylko po to, by nimi żonglować, stawiając widza przed innym  problemem interpretacyjnym. To niewątpliwie film świetnie wykonany, będący spójnym, jednolitymi tworem bardzo zdecydowanego artystycznie reżysera konsekwentnie wypełniającego swoje założenia. To perełka wśród premier września. Warto po nią zanurkować.


Jan Seraphim, 1e

niedziela, 17 września 2017

Zapisy na Olimpiadę Wiedzy o Filmie i Komunikacji Społecznej

Ruszyły zapisy na kolejną edycję Olimpiady Wiedzy o Filmie i Komunikacji Społecznej

(zgłoszenia przyjmuje p. Izabela Żelazna)






Informacje ze strony Organizatora http://www.fn.org.pl/:

Na czym polega Olimpiada Wiedzy o Filmie i Komunikacji Społecznej?

Ogólnopolska Olimpiada Wiedzy o Filmie i Komunikacji Społecznej to jedyna tego typu interdyscyplinarna inicjatywa w kraju, przeznaczona dla młodzieży szkół ponadgimnazjalnych. Składa się z trzech etapów: eliminacji szkolnych (listopad 2017 r.), zawodów okręgowych (styczeń 2018 r.) oraz zawodów centralnych (kwiecień 2018 r.).

Jaki jest cel Olimpiady Wiedzy o Filmie i Komunikacji Społecznej?

Olimpiada ma służyć popularyzacji kultury filmowej i komunikacji społecznej zwłaszcza w wymiarze praktycznym wśród młodych ludzi. Szczególny nacisk jest położony na tematykę wykorzystującą dorobek kultury polskiej pod kątem rozwijania umiejętności sytuowania i rozumienia specyfiki rodzimych sztuk audiowizualnych w stosownych kontekstach. Olimpiada koncentruje się na różnych aspektach komunikacji społecznej, głównie w zakresie oddziaływania za pomocą języka i obrazu. W trakcie Olimpiady uczniowie będą wyrabiać i udoskonalać techniki i zasady tworzenia przekazu językowego i wizualnego oraz konstruowania czytelnej narracji przekazu. Przygotowując się do zmagań konkursowych uczniowie znacząco poszerzą swoją wiedzę z zakresu kinematografii polskiej i obcej.

Motyw przewodni edycji 2017/2018

Każda edycja Olimpiady skupiona jest wokół innego zagadnienia. Hasłem przewodnim drugiej edycji jest Kino wartości.



środa, 22 marca 2017

"Assassin's Creed": Czyli jak zaprzepaścić potencjał znanej i lubianej serii


Dotychczasowe adaptacje kinowe gier, nie należały do projektów udanych. Te, które zostały ciepło przyjęte przez widzów i krytyków, ciężko policzyć na palcach jednej ręki. Nic dziwnego skoro większość z tych nieudolnych prób to chaos, rozpacz i zgrzytanie zębami widowni.
    Assassin’s Creed, w reżyserii Justina Kurzela, to film z którym nadzieje wiązało spore grono odbiorców. Mówiąc sporo, mam na myśli nie tylko fanów serii gier od Ubisoftu. Tytuł serii gier jest znany również wśród odbiorców nie będących graczami. Liczne wzmianki w sieci związane z atrakcyjnym gameplayem i barwną postacią głównego bohatera to swoisty popkulturowy fenomen. Film zapowiadał się więc naprawdę dobrze- pierwsze zwiastuny wyglądały obiecująco, a wizja przeniesienia doskonale znanego uniwersum na kinowe ekrany wzbudzała spore zainteresowanie. To co przede wszystkim wywoływało największe emocje to niezaprzeczalny fakt, jak duży potencjał ma seria Assassin’s Creed.
    Przekonali nas o tym doskonale sami twórcy z Ubisoftu, wydając kolejne części gry w bardzo krótkich odstępach czasowych. Świat, który wykreowali to istny temat rzeka, a jego uniwersalizm pozwala na kreowanie dowolnej liczby postaci, w dowolnej konfiguracji i w wybranych realiach historycznych. Stąd też ogromne nadzieje światowej publiczności. Nadzieje na to, że wreszcie, niedzielny widz nie posiadający absolutnie żadnej wiedzy odnośnie fabuły występującej w ośmiu kolejnych grach cyklu, będzie mógł swobodnie zasiąść na sali kinowej obok największego fana serii i obaj wyjdą z seansu zadowoleni.
    Podobne nadzieje wiązano również z innymi, wcześniejszymi projektami będącymi adaptacją gier. Idealnym przykładem na kompletne zmarnowanie potencjału znanej i lubianej marki jest „Tomb Raider” z Angeliną Jolie w roli głównej, czy cała seria koszmarnych filmów opartych na uniwersum znanym z gier „Resident Evil”. Gdyby twórcy poprowadzili te produkcje poprawnie, powstałyby kolejne filmy z Larą Croft. Natomiast kolejne (i ciągle powstające) produkcje z Millą Jovovich mogłyby stać się synonimem dobrego rozrywkowego kina przeniesionego z ekranów komputera. Po takich niewypałach, wydawać by się mogło że twórcy nie mogą popełnić tych samych błędów, co ich poprzednicy. Czyżby?
    Do stworzenia dobrej adaptacji „Assassin’s Creed” naprawdę nie trzeba było wiele - wystarczyło zaaplikować do filmu dużo akcji, scen pościgowych, parkouru i innych charakterystycznych elementów dla tego uniwersum, do tego całość owinąć w bezpieczną (nawet jeśli trochę banalną) fabułę, a wtedy z pewnością film ten byłby rozpatrywany w kategoriach przyzwoitego popcornowego kina. Nikt nie oczekiwał przecież od twórców, że pokuszą się o coś ambitnego, albo poważniejszego niż prosta i efektowna fabuła, której głównym celem jest bycie atrakcyjną dla oka. Tego zwyczajnie nie dało się zepsuć.
    Assassin’s Creed to opowieść, która bije rekordy niespójności fabularnej. Na początek widzowie otrzymują napisy, które w łopatologiczny sposób tłumaczą zaszłości pomiędzy Assassynami i Templariuszami. Następnie, poznają głównego bohatera Cala (Michael Fassbender) i dowiadują się w jaki sposób trafił do bazy Abstergo, w której od tego momentu będzie toczył się cały wątek fabularny. Cal zostaje zmuszony do współpracy z przodkami templariuszy, którzy zlecają mu odnalezienie „Rajskiego Jabłka”, będącego według nich w stanie zapewnić pokój na świecie, a w rzeczywistości unicestwić zakon Assassynów. Mimo początkowych oporów głównego bohatera, ten zgadza się na współpracę i pomaga templariuszom odzyskać pożądany przedmiot poprzez synchronizację z odpowiednim przodkiem (przez system zwany Animusem).
    Fabuła jest zdecydowanie najsłabszym elementem tej produkcji. Jest ona niezwykle naiwna i nie trzyma się kupy. Źle napisany skrypt z pewnością wpłynął też w znacznym stopniu na grę aktorską. Michael Fassbender wyraźnie czuł się w swojej roli niekomfortowo. Zupełnie tak, jakby jego postać została napisana pod kogoś innego. Znany aktor nie odnajduje się w swojej postaci, chociaż trudno się mu dziwić, biorąc pod uwagę puste i pseudofilozoficzne linie dialogowe, które włożono mu w usta.
    Problemy Fassbendera na ekranie są z pewnością podobne do tych, z którymi borykała się Jolie, i wciąż boryka się Jovovich, we wspomnianych wcześniej tytułach. Twórcy adaptacji gier, w których główne role grają kobiety, uznali że ich walorami fizycznymi będą w stanie zastąpić braki scenariuszowe. Z podobnego założenia najwyraźniej wyszli również twórcy „Assassin's Creed”, którzy doszli do wniosku, że sama obecność Fassbendera na ekranie zapewni im finansowy sukces.
    „Assassin’s Creed” stara się udawać, że jest czymś więcej niż w rzeczywistości. Przez ogromną chęć ukazania świata w sposób patetyczny i śmiertelnie poważny, widzowie dostają niezamierzoną autoparodię, która niemiłosiernie nudzi. Film Kurzela nie zalicza się nawet do gatunku filmów tak złych, że aż dobrych. Twórcom zabrakło dystansu i poczucia humoru, obecnego w grach.
    Seria „Assassin’s Creed” to tytuły, które zawsze należało traktować z odpowiednim dystansem. Wątek fabularny zawsze był mocno naciągany i stanowił jedynie pretekst do prowadzenia przyjemnej rozgrywki. Co jest w tych tytułach najlepsze? Możliwość eksploracji świata, synchronizacja wspomnień w Animusie, toczenie walk i pościgów. Całość gier tak naprawdę opiera się na nielogicznym absurdzie związanym z podróżami w czasie, a jednak potrafią one być dla graczy angażujące i niezwykle ciekawe.
    Twórcy filmu nie przenieśli na ekran kinowy rzeczy, które zapewniły cyklowi od Ubisoftu największą popularność. Przenoszenie się w czasie stanowi jedynie drobny wycinek filmu. W Animusie, bohater znajduje się 3 razy, a przecież właśnie to stanowi o popularności całej marki. Krótkie epizody, w formie w jakiej zostały ukazane na ekranie, nie mają prawa zaspokoić ciekawości fana serii a tym bardziej przekonać widza nie znającego fabuły gier. Kosztem efektowności, twórcy postawili na hiperrealizm, w wyniku czego nawet „skok wiary”- czyli ikoniczna część każdej z odsłon, kończy się niepowodzeniem i uszczerbkiem na zdrowiu bohatera.
    W filmie pojawia się też wątek współczesnych Assasynów, którzy nie zgadzają się z działaniami templariuszy w bazie i próbują przekonać Cala na przejście na ich stronę. I owszem, byłby to niezwykle ciekawy pomysł na film, gdyby nie fakt, że kosztem dynamicznej akcji, widzowie otrzymują 2 godziny filozoficznych rozważań dotyczących wyborów i moralności spod znaku Paulo Coelho.
    Skoro jednak producenci nie postawili na spójność fabularną, mogli przynajmniej zrekompensować to ciekawą akcją, chociażby tak jak w ekranizacji serii cyklu „Prince of Persia”. Podobnie jak w przypadku filmu Kurzela, fabuła w disneyowskiej adaptacji nie zachwycała. Mimo to, nikt nie mógł zarzucić filmowi, że był nudny. Umiejętne przedstawienie scen akcji, zapewniło mu miano kiepskiego fabularnie, ale przynajmniej atrakcyjnego dla oka.
    Tego właśnie zabrakło Assasynowi. Chcąc zrobić wszystko, twórcy stworzyli jedno wielkie "nic". Żaden z kluczowych dla produkcji filmowej elementów nie jest w pełni dopracowany- nawet muzyka. To kolejny aspekt, który trudno zrozumieć. Ścieżka dźwiękowa filmu Kurzela to jeden wielki chaos. Pomieszano tu kompletnie skrajne gatunki muzyczne, a utwory zupełnie nie pasują do rozgrywanych scen. Zatem nawet muzyka, będąca mocnym punktem gier od Ubisoftu, w przypadku filmu stoi na żenująco niskim poziomie.
    Co ciekawe sam Ubisoft nie wstydzi się produkcji, umieszczając swoje logo w napisach początkowych. Najwyraźniej chęć odcięcia kolejnego kuponu od znanej i przynoszącej ogromne zyski finansowe franczyzy, jest silniejsza niż poczucie artystycznej porażki.
    W jakim kierunku zmierzają adaptacje kinowe gier? Kolejne produkcje budzą słuszne obawy. Pójście po najmniejszej linii oporu przy filmach o tak dużym budżecie i o tak dużym zainteresowaniu widowni to przykład zimno wykalkulowanej producenckiej zagrywki mającej na celu czysty i łatwy zysk. Ale to myślenie krótkowzroczne. Jeżeli twórcy pozostaną na tej ścieżce, to kinowe adaptacje gier nie mają absolutnie żadnej przyszłości.

Kuba Jakubiec, 3c

wtorek, 28 lutego 2017

Filmy uczniów VILO w finale konkursu Narkręć się

Dwa filmy uczniów naszego liceum znalazły się w finale ogólnopolskiego konkursu na etiudę filmową Nakręć się.



https://filmoteka.ceo.org.pl/aktualnosci/poznajcie-finalowa-dziesiatke-i-wybierzcie-swoj-ulubiony-utwor

Na film "Bracia" ("Bracia" autorzy: Oleksiy Chapay, Mikołaj Musialik, Jakub Jakubiec, Józef Białasik, Yelyzaveta Kostromova, Daryna Kostromova, Zuzanna Sawińska) i animację poklatkową "Abstrakcja wyjątkowi" ("Abstrakcja Wyjątkowi" autorzy: Oleksiy Chapay, Inga Pawlicka, Karolina Musiał, Wiktoria Reinfuss) można głosować do 1 marca tu.

Gratulujemy młodym filmowcom i zachęcamy do głosowania!